środa, 9 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór - cd.

***jess
   Nowo zawarta znajomość nie zakwitła bujnością kwiecia. Nie była gotowa na związki, to po pierwsze, po drugie facet nie wydawał się również dojrzałym do kolejnego związku, zwłaszcza, że był świeżaczkiem po kilkumiesięcznym zaledwie rozwodzie z rodziną z dwójką dzieci w dorobku. Uważała, że powinien jeszcze jakiś czas odczekać, ułożyć się ze sobą, pozwolić, aby wszelkie emocjonalne rany odniesione w małżeństwie zabliźniły się, żeby odpuścił sobie swoje i innych winy, a nie wciąż się karmił energią ostatnich negatywnych zachowań w relacji. Nie, nie miał jeszcze poukładanych spraw w sobie, każdy nawet niechcąco poruszony temat małżeństwa wywoływał w nim długie opowieści jak to było z nim i z nią, na słuchanie czego ani Emili, ani znajomi ochoty nie mieli, co wogóle faceta nie zrażało, albo nie był w stanie tego zauważyć. Zapamiętały w zozdrapywaniu starych ran przenosił tę energię na plan dzisiejszy.
Pewnie musi się wygadać do tego stopnia, że zabraknie w nim barwy dla słów, pomyślała sobie i po wieczorku zapoznawczym wróciła do swojego świata, zajęć, życia specjalnie nie troszcząc się o nową znajomość. Znajomość wprost przeciwnie. Podtrzymywała kontakt wprawdzie nie osobiście, a telefonicznie, ale za wygraną nie dawała. Emili zaczynała odczuwać pewien rodzaj ograniczenia, nacisku kiedy w kolejnej rozmowie telefonicznej usłyszała, że on dzwoni już po raz trzeci, a jej nie ma w domu i nie podejmuje rozmowy. Nie lubiła takiej presji. Była wolnym człowiekiem, z oddaniem i pieczołowitością wykonywała przyjęte na siebie zobowiązania, chciała dowolnie dysponować wolnym czasem i dowolnie się nim cieszyć, a niekoniecznie zabawnym było znosić narzucające się okoliczności.
   Thomas widząc kulejąco idącą znajomość wraz z wspierającymi go przyjaciółmi ułożył nowy plan. Miał to być wspólnie spędzony urlop wyjazdowy i turystyczny, taki krótki, kilkudniowy. Lucy z Nathanem i dzieciakami w liczbie dwa oraz Thomas ze swoją córką jako spadkiem z rozwiedzionego małżeństwa i oczywiście Emili jako osoba towarzysząca. Komu i czemu miała być towarzyszką nikt nie umiał objaśnić. W roli mediatora wystąpiła tym razem Lucy umawiając się z Emili na baskie plotuchy-pogaduchy. Emili wtajemniczona w plany nie była, więc chętnie przystała na babskie spotkanie, na którym doszło do inicjacyjnego wprowadzenia w tajemnicę kręgu:
-Pojedziemy dwoma autami, ja z Nathanem i dzieciakami, ty z Thomasem i Ruby drugim. Wypadnie nam jeden nocleg, który już zarezerwowałam w niedrogim motelu, a po drodze będziemy zwiedzać. Jakieś jedzenie zabierzemy ze sobą i będzie można zrobić cudowny  piknik na łonie przyrody. Pogoda jest jak marzenie, urlop się przyda wszystkim, więc zorganizuj się.
- Wiesz Lucy, to przemiła propozycja i bardzo chętnie skorzystałabym z niej, gdybym coś niecoś wiedziała wcześniej. Jeśli to nawet wycieczka dwu, czy trzydniowa to jednak zorganizować tak nagle kilka dni urlopu nie jest łatwo i wcale nie mam pewności, że mi się to uda, a po drugie to wymaga również większego zasobu portfela, o który jak dotąd nie troszczyłam się nadmiernie nie przewidując takiej eskapady, a te zasoby, które posiadam, mają zgoła inne przeznaczenie. Dziękuję wam kochana, że pomyśleliście o mnie, ale z przykrością odmawiam.
- No coś ty, nie bierz sobie do serca. Wszystko jest ustalone, policzone i nikt od ciebie nie wymaga, wystarczy, że pojedziesz.
- Dzięki raz jeszcze, zastanowię się.
Zastanowię się znaczyło to samo co nie. Zazwyczaj mówiła tak, żeby nie przedłużać marnej licytacji, jakakolwiek by to była - tak nazywała rozmowy-przetargi, w których nie widziała racji bytu, które nie służyły niczemu, z których nic nie wynikało poza jednokierunkowym uporem jednej ze stron i nie lubiła takich rozmów, gdzie partner ignorował zdanie drugiego.
Wieczorem zadzwonił Thomas z proszącym pytaniem czy mógłby na mały moment wpaść.
Wcale się nie zdziwiła i uzgodniła godzinę.
   Od dziecka, do kiedy potrafi sięgnąć pamięcią miała w sobie dziwną przypadłość, rodzaj przeczucia spraw nieuniknionych, jakby były najbardziej oczywistymi sprawami pod słońcem. Sprawiała swoim rodzicom tym swoistym przeczuciem nie mały kłopot, problem, którego nie umieli zrozumieć, ona tym bardziej. Jakże często się ich bała, jak bardzo potrzebowała opieki, pomocy, której nikt nie był w stanie jej zapewnić, nie rozumiejąc co się w dziecku dzieje. Wzrastała z tym w samotności skrywaną tajemnicę. Ukryła się w sobie, bo kiedy próbowała rozmawiać o swoich przeczuciach, widzianych zdarzeniach, obrazach z matką, ta najczęściej śmiała się kładąc te wszystkie opowieści na karb dziecięcej fantazji, co nie zawsze fantazją było i powodowało milczące matki zdziwienie.Nie rozumiała, skąd małe dzieco wiedzieć mogło jak ubrana jest zmarła babka ojca, nie widząc jej. Dziecko widziało najdrobniejszy szczegół, wiedziało wcześniej  niż inni, że umrze, tak bardzo się bało, ale nikt tego wyjaśnić nie umiał i nie zaprzątał sobie tym głowy. Tak już zostało.
Teraz wiedziała też, że przyjdzie jej się zmierzyć z czymś bardzo niezwykłym, z czymś co wystawi na próbę jej siły i to było powodem, dla którego spowolniała wahając się w wyborze - zmierzyć się, czy nie, czy wystarczająco dość ma w sobie wiary, że nie ulegnie czemuś, co wzbudza wewnętrzny lęk, niepokoi, sprawia, że pojawia się wewnętrzny chłód, od którego powiewu drży jej dusza.
Napór sił zewnętrznych był tak silny, że się poddała i uległa urokowi wycieczkowych dni.
   W przed dzień wyjazdu umówiony telefonicznie Thomas przyjechał, aby przetransportować do Lucy i Nathana jej zgromadzony prowiant, zapakowane kocyki i poduszeczki-jasieczki, osobiste rzeczy. Został chwilę dłużej. Zaparzyła herbatę, gawędzili przy kuchennym stole, on podekscytowany, ona dziwnie spokojna. Uprawiała jogę, medytowała, interesowała się astronomia i astrologią, zdrowymi sposobami żywienia, stosowała czasowo dietę wegetariańską o czym Thomas zielonego pojęcia nie miał, więc teraz był zaciekawiony i był temat do rozmowy innej niż dotąd. Sięgnęła po Tarota, któremu poświęcała sporo analitycznej uwagi, chcąc się przekonać o przypisywanych mu właściwościach. Wyjęte karty wskzały, że wycieczka nie powiedzie się za przyczyną pewnej kobiety, a analizując dalej miałaby ona być spod znaków trygramu wody czyli raka, skorpiona czy ryb. Thomas umilkł zaniepokojony, coś tam bąknął, że jedyną kobietą jemu znaną  jest jego była żonaspod znaku ryb, ale ona mieszka w drugim końcu Polski i chyba to nie ma najmniejszego związku.
Emili się zgodziła, bo karty to tylko karty, przecież może się mylić w interpretacji, pożegnali się, aby nazajutrz spotkać o określonej porze i ruszyć w drogę pełną słońca, nowych miejsc, nowych perspektyw.
   Zbliżała się określona godzina o której miał pojawić się Thomas, aby zabrać Emili, udać się do Lucy i Nathana i razem wyruszyć w drogę.
Noc miała trudną, niespokojny sen, kilkakrotnie budziła się i nawet wkurzała na siebie, na poddenerwowanie, które nie sprzyja wypoczynkowi, a który raczej by się przydał przed czekającymi dziesiątkami kilometrów. Umówiona godzina mijała, wzrastał wewnętrzny niepokój, wzrastało napięcie. Spóźnienie sięgnęło godziny. Zaczęła się zastanawiać, co mogło się stać. Chcąc siebie uspokoić  uznała, że mogło dojść do jakiejś usterki w którymś z samochodów i którą panowie starają się naprawić. Ale Thomas mógłby zadzwonić przynajmniej, sytuacja tego wymagała. W tym samym momencie zadzwonił telefon. Napięcie wzrosło, odebrała:
- Cześć. Thomas z tej strony. Przepraszam, że się spóźniam, ale zaszły nieprzewidziane okoliczności, potem wytłumaczę. Poczekaj jeszcze godzinę, przyjadę.
- No cześć, to może ja sama dojadę do Lucy i Nathana, nie będziesz musiał krążyć po róznych końcach miasta? Zaproponowała.
- Nie, nie, oni już wiedzą, dzwoniłem, wszystko jest w porządku, tylko będzie małe spóźnienie. Czekaj na mnie, Narazie.
- Narazie. Odłożyła słuchawkę. Napięcie opadło, wewnętrzny niepokój nie. Coś się działo, wyłapała emocjonalne napięcie Thomasa, nie było to miłe. Tak było od zawsze, kiedy znajdowała się w pobliżu osób silnie zdenerwowanych, jej się udzielał ich stan, czasem tak silną emanowali energię, że odczuwała fizyczny ból w okolicy splotu słonecznego, inaczej mówiąc w okolicy żołądka. Najgorzej było, kiedy spotykała ludzi naładowanych negatywną siłą, złoszczących się lub tych, którzy słali bardzo złe życzenia w kierunku innych ludzi. Nie mogła tego znieść, dusiły ją te siły, dławiły, miała wrażenie, że opada z niej skóra, bolało wszystko. Nie było tego mało, raczej przeciwnie. Ludzie emitowali w przestrzeń bardzo wiele takich emocji zręcznie ukrywając pod kolejną założoną na twarz maską. Jeśli było to możliwe uciekała do domu lub działkę w ciszę i spokój, tam schodziły z niej napięcia innych. Nie było łatwo żyć j z taką siebie właściwością.
Przyjechał jeszcze wzburzony, roztrzęsiony, zabolało w żołądku.
- Co się stało?
- Nie uwierzysz co się stało. Wiesz, te twoje karty to czysta prawda. Wczoraj, jak wróciłem od ciebie to w domu czekała na mnie niespodzianka. Przyjechała moja była żona z dzieckiem. To jeszcze niemowlę, że chciało jej się jechać taki szmat drogi. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę.
- Prawda, karty, ale to przecież tylko karty. Emili zupełnie o nich zapomniała.
- W obecnej sytuacji nie ma mowy o jakiejś wycieczce. Jedź do domu, zajmij się gościem i dzieckiem, to chyba twoje dziecko, skoro już cię z nim odwiedziła.
- Tak, to moje dziecko, ale urodziło się już po rozwodzie i ja już nic nie mam do niej, nie wiem, dlaczego ona się tutaj pojawiła.
- Tak bez uprzedzenia przyjechała? Zapytała.
- Nikt nic nie wiedział, że przyjedzie, nic nie wskazywało na to.
- No dobra, nieważne. Ja urlop spędzę na działce, ty z rodziną, widocznie nie jest to odpowiedni czas na wspólne wędrówki.
Emili była już całkiem spokojna. Miała to coś przed sobą, było namacalne, fizyczne, mogła konfrontować, ale trudno jej było w tym zamieszaniu rozeznać prawidłowość przepływających informacji o tak silnym i szerokim strumieniu, żeby nie powiedzieć rzece informacji, a to określenie byłoby właściwszym dla tego co usłyszała.
- W żadnym wypadku. Na wycieczkę jedziemy i już. Nikt jej nie zapraszał i nie mam zamiaru spędzać z nią czasu. Jutro odjedzie.
- No nie wiem, czy to dobry pomysł. W końcu to twoja żona i twoje dziecko. Zostaną z twoimi rodzicami? Uważasz, że oni mają obowiązek zajmowania się twoimi sprawami?
- Nic im się nie stanie. Powiedziałem, jutro odjedzie. Zbieraj się, bo Nathan z Lucy mocno się niecierpliwią.
Emili oszołomiona była nadmiarem

wtorek, 8 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór -cd.

***jess.
   A jednak okazało się, że są ludzie w potrzebie, a tak właściwie z tych ludzi w potrzebie był człowiek sztuk jeden. Na dokładkę, żeby było bardziej rozmaicie - mężczyzna. Mężczyzna miał na imię Thomas, był od dawna zaprzyjaźniony z Lucy i Nathanem, z którymi spotykał się dość często w celach kulturalno-rozrywkowych głównie. Na którymś spotkaniu bardzo towarzyskim pożalił się swoim przyjaciołom, że czuje się mocno samotnie i chętnie nawiąże kontakt na dłużej z osobą płci odmiennej, a zaufani przyjaciele mogliby mu w realizacji tegoż zamiaru bardzo pomóc. Przyjaciele gorąco współczuli, Nathan przez moment nawet się utożsamił z tą doskwierającą męską samotnością, wstrząsnął od przebiegających po plecach dreszczy i z ogromną pewnością głosu zapewnił Thomasa, że za nic w świecie nie pozwoli na to aby ten zmarniał w tej obrzydliwie bolesnej samotni. Jak nic, trzeba cóśśś... z tym zrobić.  Przez ułamek sekundy zastanawiał się, umysł pod wpływem nagłego impulsu rozjaśniał nieziemskim światełkiem, zamglenie alkoholowe ustąpiło miejsca blaskom pracujących na najwyższych obrotach myślom i doznał olśnienia tak silnego, że aż się zachwiał pod ważkością odkrycia w ociężałym bądź co bądź od procentów mózgu, zakropił olśnienie schłodzoną wódką i oznajmił:
- Emili. Tylko ona. Od lat jest sama, samowystarczalna, ustabilizowana materialnie, czysta i pracowita.
-  Genialne! Aż usiadł pod wpływem silnie jarzącej się myśli i wzruszającej radości powodowanej chęcią udzielenia pomocy przyjacielowi.
   Wśród bliższych znajomych, jak również w spokrewnionych rodzinach krążyła powszechna opinia, że Natham wprawdzie jest tylko małym, zwyczajnie prostym człowiekiem, ale srece w sobi nosi ogromne. Opinia powstała na skutek gwałtownie okazanej miłości jego matce, kiedy pewnego razu smakując z kolegą sąsiadem różne smaki nektaru bogów, co by na wszelki wypadek mieć rozeznanie, który lepszy, który trochę mniej, a ściślej mówiąc straciwszy poczucie czasu podczas sąsiedzkiego spotkania przy piwie i wróciwszy do domu o mocno spóźnionej godzinie otrzymał od żony Lucy komunikat, że jest synem do wyklęcia tylko, bo dnia właśnie owego jego rodzona matka obchodziła imieniny. Nathan mocno wstrząśnięty informacją, bez słowa wyszedł trzasnąwszy drzwiami i możliwie szybkim krokiem udał się na piętro kamienicy, na którym że to mieszkali jego rodzice po drodze zgarniając z klatkowego okna jakąś doniczkową roślinność. Zapukał raz, zapukał drugi, za drzwiami brzmiała tylko senna cisza, zapukał trzeci i nagłym ruchem wymierzył cios zamkniętym drzwiom zwiniętą w pięść dłonią. Cios był tak silny, że dłoń przeleciała swobodnie na drugą stronę. Nieco zdziwiony męskiej możliwości siłą, włożył przez wybitą dziurę roślinkę i gromkim głosem zawołał:
- Mamo. Życzę ci wszystkiego najlepszego w dniu twoich imienin. Wiedz, że Nathan może czasem coś spsoci, ale zawsze ma wielkie serce.
   Emili wstrząśnięta nie była. Raczej zaskoczona. Nie brała takiej możliwości pod swoją uwagę. Żyła sama, to prawda, ale było jej z tym całkiem dobrze, czasem nawet myślała, że staje się co raz bardziej egoistyczna z tego powodu, że właściwie wszystko kręciło się wokół własnej osoby. Miała wielką dowolność wyborów własnych zachowań, planów i działań. Nic, ani nikt nie poganiał, niczego nie chciał, niczego nie musiała, nie pędziła na określony czas z garnkami na obiad, do szkoły na kolejne, nudne zebranie. Poukładała swoje obowiązki w uporządkowany harmonogram, czasem polegiwała w łóżku czytając zaległą i niezaległą lekturę, czasem wstawała o świcie i jechała na spacer do lasu, wszystko miało swój wymiar, czas i smak. Odstępstwo stanowiły odwiedziny dzieci. Pewnie, że czasami miała dość bycia tylko ze sobą, ale zawsze mogła się z kimś umówić nawet na kilkugodzinne spotkanie. Żeby tak nagle miał się zmienić jej świat? Poznawać kogoś tak od podszewki na co dzień w różnych sytuacjach, jego zachowań, uczyć się przystosowania do innych upodobań, wyobrażeń, schematów? Przecież to całkowita rewolucja.
    Umówiona impreza miała charakter poznawczy. Lucy i Nathan mieli ją zapoznać z Thomasem, co też rzecz jasna nastąpiło na wieczornej imprezie w ich domu.
Stopień zaskoczenia zelżał nieco, bo ona już miała okazję poznać Thomasa na niwie zawodowej wprawdzie, ale podczas trwającego zaledwie może kilkanaście minut kontaktu z nim, dowiedziała się więcej niż wymagała tego sytuacja i ona chciała. Klientów zawsze traktowała grzecznie, prowadziła czasami niezobąwiązujące rozmowy podczas wykonywania zawodowych czynności, ot tak sobie, żeby było przyjemniej. Czasami ktoś się ukłonił na ulicy, odkłaniała się nie zastanawiając się nawet skąd się znają. Praca zawdowowa niesie ogromne rzeki ludzi, które po prostu przepływają tuż obok i płyną swoim nurtem dalej.
Wydał jej się jednym z wielu w gatunku męskim, którzy nigdy nie dojrzewają, są jak zielone, kwaśne jabłka, wiecznie utyskujący na żony, kochanki, dzieci, rodziców, kolegów, koleżanki, na cały świat, tylko nie patrzących na siebie, na to kim są dla tych wszystkich innych" fe"w ich życiu, co sobą w nie wnoszą, co dają, a co biorą. A tacy wydawało się jej, że brać mogą wiele więcej, niż jest im dane, wiecznie niezadowoleni, pretensjonalni, żeby nie powiedzieć zadufani we własnej niedojrzałości. Ot takie sobie wolne myśli, a może jej zdystansowane widzenie, którego źródłem była właśnie egoistyczna samotnia.

niedziela, 6 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór

***jess

(...)
Kiedy z orbity strącony Księżyc
sięga ciemności dna i staje w Nowiu -
w podziemiach Gór
ożywają Kamienne Sarkofagi -
budzą się ze snu
zawieszone między Światem
Żywych i Umarłych
Karmazynowe Istoty,
aby upolować dla siebie Ofiarę.
Tylko Góry Nieustępliwe
stoją Trwałe
płonąc o Słońca Zachodzie
Karmazynowym Płomieniem (...)
                                                           /Emili/

Po zapoznaniu się z treścią notatek, jakie zostawiłam Emili napisała wiersz. Przedstawiam go powyżej.
Znalazła dla siebie też pewną afirmację w wierszu amerykańskiej poetki -

(...)
     Większa od Gór jest moja Wiara -
     gdy Góry staną się prochem,
     Wiara podźwignie z Purpur Wschodu
     Słońce i wskaże mu drogę (...)
                                              /Emili Dickinson w przekładzie Stanisława Barańczaka/

Wiesz Jess, wreszcie mogę spojrzeć na swoją górę jakby trochę z boku. Nie mogłabym natomiast o niej pisać, bo słowa, które miałabym przelać na papier śmiertelnie by go okaleczyły.

   Telefon dzwonił niecierpliwym, stałym rytmem. Wwiercał się w uszy, nasycał dźwiękiem mieszkanie, pełzał w podskokach po ścianach, tańczył melodyjnie po deskach podłogi.
Jak zazwyczaj dzwonił nie w porę. Porę dla niej nieodpowiednią. Wróciła bez mała przed godziną z działki, na której zawsze było coś do zrobienia. Dzisiaj przesiała co najmnie tonę ziemi, wykopała w niej dziurę na oczko wodne i nadźwigała się kamieni, którymi zamierzała to oczko obłożyć tworząc coś w rodzaju trzykondygnacyjnego skalniaka wzniesionego nad tą kroplą wody tylko z jednej strony, aby druga stanowiła swobodny dostęp do oczka. że też zawsze musi mieć jakieś udziwnione pomysły? Udziwnione, dlatego, że kiedy wznosiła już tę górę ziemi i formowała półogrągłe piętra, przechodzący działkowicze jak również sąsiedzi zastanawiali się zatrzymując przy bramie, co też ona z tą górą zamierza zrobić? Wszędzie, wszyscy kładą równe cementowe dróżki pod sznurek, rządek tulipanów, rządek pietruszki, na równych grządkach też pod sznurek, a ona najpierw kopie dziurę, a teraz ta góra ziemi? Kręcili głowami uśmiechając się z lekka. Ale ona wiedziała co chce osiągnąć, więc nie zważając na ludzkie domniemania wykonywała swoją katorżniczą pracę mając w umyśle wizję efektów końcowych, niestety nie wcześniej niż za rok, kiedy wszystkie zasadzone na tych pięterkach wokół oczka wodnego zrobionego z wielkiej, blaszanej balii rośliny rozkrzewią się i zakwitną.
Była zmęczona jak koń zaprzęgowy i dzwoniący telefon był doprawdy bardzo nie w porę. Chciała odpocząć po ciężkim ale satysfakcjonyjącym wysiłku.
- Nie odbiorę, podzwoni i przestanie.
Nie miała ochoty na nawet najdrobniejszy gest leżąc w spoczynku na kanapie, czując jak pulsują tętnice, z ciała schodzi wysiłek. Mogłaby teraz zasnąć i spać już nawet do rana.
Telefon nie dawał za wygraną.
- Może ktoś czegoś bardzo od niej potrzebuje? Pomyślała z właściwym sobie poczuciem jakiegoś przymusu, obowiązku i mimo, że nie miała najmniejszej ochoty na wysiłek wydobywania z siebie głosu zgramoliła się z kanapy, podeszła i odebrała telefon.
- Cześć Emili. Już miałem się rozłączyć myśląc, że jesteś jeszcze na działce, ale super, że się odezwałaś, nie będę ciebie szukał po ogródkach, cha, cha, cha.
Zabrzmiał rozbawiony głos Nathana.
- Cześć Nathan. Nie wiem co cię tak bawi, chyba, że moja obecność po tej stronie słuchawki, bo ja w sobie jakoś żadnej iskry wesołości skrzesać nie mam wprost siły. Byłam na działce, wróciłam całkiem niedawno i jestem tak zdrożona, że nie chciało mi się złazić z kanapy do telefonu, ale skoro zlazłam i nawet stoję, to gadaj o co chodzi, co się stało?
- My dzisiaj z Lucy robimy małą imprezkę i Lucy uznała, ja z resztą też, że powinnaś do nas wpaść, bedzie fajnie, cha, cha, cha..
Najwyraźniej Nathan jest w rozbawionym nastroju wywołanym zapewne już nie jednym drinkiem.
- A co to za impreza? Daj mi jakiś punkt odniesienia do niej, bo nie dzwonisz chyba ot tak sobie ni z gruszki ni z pietruszki, nawiasem mówiąc mam je na działce, a ty nie masz nawet działki. O co chodzi?
- O nic nie chodzi, posiedzimy, pogadamy, wypijemy piwo, albo cóśśś.. ( ulubione powiedzonko Nathana).
- Bo jak nie przyjdziesz, to ja po ciebie przyjadę - rzuca do słuchawki śmiejąc się.
- A możesz sobie przyjeżdżać jak już cię tak strasznie pili, ale zapowiadam ci, że już dzisiaj to ja się z domu nie ruszam. Jestem skonana robotą i nie mam siły na cokolwiek, a tym bardziej na cóśśś...a ty mi mówisz o imprezie? Może kiedy indziej, owszem, zgadamy się, zrobimy wspólnego grila, ale na litość nieboską, a człowieczą - nie dzisiaj!
Nathan rozmawiał z Lucy, spierali się o coś, wreszcie odezwał się do niej.
- No dobra, umówimy się na inny dzień, ale pamiętaj o tym i nie próbuj się wyłgać działką, bo i tak cię znajdę.
Żeby już mieć za sobą ową wiążącą na przyszłość umowę zaproponowała.
- No to powiedzmy w sobotę po południu, tak wstępnie proponuję, jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko, ale umówmy się telefonicznie co do szczegółów, a dzisiaj bawcie się dobrze beze mnie, pozdrów Lucy i dzieciaki. Hej
- Dobra, może być, zdwonimy się, narazie.
Nathan się rozłączył, Emili odetchnęła z ulgą. Że też zawsze musi myśleć, że ludzie są w potrzebie, pomyślała sobie, przecież wcale niekoniecznie.

piątek, 4 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór

***jess
   Wybrałam numer telefonu Emili myśląc, że zaskoczoną nie będzie podejmując połączenie, jako że rozmawiamy ze sobą nawet dość często, ale że jestem tutaj i za kilka godzin się zobaczymy, to zapewne ją zaskoczy.
- Halo Jess, jak sie masz? Ciepły, miękki głos łagodnie spływa do moich uszu, wolniutko rozlewa po całym ciele, przenika tętniące fizjologicznym rytmem tkanki, wewnętrzne narządy i zupełnie niepostrzeżenie rozpływa się w zawiłościach organizmu zostawiając jakąś miękkość, to maleńkie coś, od którego człowiekowi robi się raźniej, radośniej i ma poczucie, że nawet wizje pietrzących się nie do pokonania schodów przed chwilą jeszcze rozwiewają się w marny proch.
-Hej, Emili, mam się całkiem dobrze, dziękuję, ale powiedz mi kochana, ile to ja godzin spędzę w busie uwożącym moją osobistość w kierunku twojego domu tą piękną, jesienną drogą?
Balsamiczny głos Emili w słuchawce telefonu zaniemógł, znieruchomiał zapewne dojrzewając w domysły.
- Jess, aż się zatkałam informacją, którą podsunęła mi wyobraźnia i bardzo proszę nie rozwiewaj tej myśli, raczej potwierdź - jesteś w Polsce i zamierzasz mnie odwiedzić?
Ja się chyba uduszę własnym wzruszeniem jeśli to prawda. No wiesz, tak bardzo mnie zaskoczyć czymś dobrym - nie wielu się udaje, a w ostatnich latach tenże obyczaj zupełnie zaginął pośród ludzkich form. Jesteś cudowną odnowicielką wspaniałych wiadomości!
- Tak, Emili. Zmierzam prosto do ciebie i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z tej drogi, choćby ona była nieskończenie długa i nurząca.
- Ach! Tak się cieszę, tak bardzo się cieszę.
Telefon bryka, skacze, promieniuje radością, śmiechem, płynącym potokiem słów, ciepłych, czułych, balsamicznych słów, a moje niewypasione uszy chłoną i chłoną jak wygłodniałe bestie tę ciepłą miękkość w głosie Emili, aż czasami się martwię, czy aby nie ma we mnie jakiegoś szczątka wampira ładującego akumulatory jej energią. Otrząsam się z tej błyskawicznie przemykającej myśli, udaję się do informacji po niezbędną podróżniczą wiedzę i uśmiecham się do wszystkich radością, którą niejeden podróżny obrzuca dziwnie szybkim, spłoszonym spojrzeniem, jakby uśmiech zupełnie nie przystawał do otaczającej rzeczywistości.
   Spędzam z Emili kilka tygodni, bo tak trzeba, aby po załamaniu zdrowotnym powróciła do swojego ducha. Klinika, seria inwazyjnych badań, diagnoza, zabieg operacyjny.Kiedy zabierano Emili na blok operacyjny szepnęłam:
- Nie rozstawaj się ze swoim duchem, bo mnie bedzie smutno bez niego, kiedy będę tak czekać na ciebie posród tych szpitalnych korytarzy.
Uśmiechnęła się leciutko i mizernie, w bursztynowych oczach zabłysł światełka blask, a może wiary łza, nie zdążyłam zobaczyć, bo szybko osłoniła je ręką.
W kilka godzin później, jeszcze w półśnie poprosiła, abym zapisała:

"Odnaleźć wiary kroplę -
trzeba tak,
zasiać Ziarno Nadziei -
trzeba tak,
w bezsensie znaleźć sens -
trzeba tak,
nawet, gdy brakuje słów,
gdy boli czas
skażony Ogniem
Karmazynowych Gór -
trzeba tak.
Pod górę, pod prąd, pod wiatr
postawić krok, zostawić ślad,
gdy ciemnieje cień,
rani przydrożny cierń -
trzeba tak.
Zacisnąć zęby, otworzyć oczy
i kroczyć, wciąż kroczyć
do przodu w życie,
bo trzeba tak
dopóki serce wciąż żywe
i dusza w ciele kołacze.
Trzeba tak,
bo tylko Jedno masz -
Własne Życie,
Jedną Drogę -
bez możliwości wyboru."

Rozmawiamy dużo o życiu i śmierci bez lęków, spłoszonych spojrzeń, drżenia głosu. Nie boi sie odejścia. Poświęciła temu zagadnieniu sporo uwagi, nie ucieka od tematu, który u innych budzi milczące zmieszanie wywołujące bolesne wspomnienie utraty kogoś bliskiego, amputacyjną niezgodę na ten nieodwracalny proces, a który tak naprawdę jest tylko stopniem, ogniwem łańcucha  sił natury koniecznym do jej trwania i wzrostu. Mówi wprost, że śmierć była na pewnym etapie jej życia tematem intrygującym, fascynującym, poświęciła temu wiele godzin rozważań, medytacji, modlitwie i analizie niewidzialnej wagi w umyśle człowieka na szali której, mierzy się decyzja wyboru, sile woli jako źródła, z której one się rodzą. Pisała o śmierci wiersze, chociaż nie była gotowa na ich publikacje, bo uznała, że minione, jak obecne społeczeństwo generalnie nie jest gotowe na ten kolejny i ostateczny życia krok, może tylko nieliczni mają szerszą świadomość nieodwracalności i nie bronią się ucieczką przed nią. Może kiedyś, może ktoś, kiedy jej już tutaj nie będzie sprawi, że ujrzą światło dnia, ale, czy wogóle zasługują aż na tak wiele? Zmieniają się czasy, zmienia się światopogląd człowieka, może to co było przestanie mieć jakąkolwiek wartość? Nie ma to dla niej znaczenia, jest sprawą uboczną, bo na poziomie swojego umysłu zbadała już stopień przystosowania organizmu do umierania tak na płaszczyźnie fizycznej, psychicznej jak i duchowej.
    Poznałam ducha ogrodów życia Emili. Przejrzałam i skopiowałam wiele notatek, wierszy, zapisków. Zanotowałam wiele opowieści i w swojej duszy zasiałam życzenie - nigdy, ale to nigdy nie zapomnę Emili. Do końca moich dni duch jej ścieżek życia będzie również moim towarzyszem.
W podziękowaniu za gościnę i balsamiczny czas zostawiłam Emili konspekt książki pt:
"Echo Karmazynowych Gór". Przyjęła wzruszona, zawstydzona z rumieńcem na policzkach, nieśmiałością w spojrzeniu.
- Ależ, coś ty. Chciałaś pisać o mnie? O moim zwariowanym, zmarnowanym życiu? Nie masz innych tematów? Cóż ja znaczę i moje życie w garstce popiołu?
- Wierzę, że gdyby na twojej drodze życia nie stanęły pewne osoby i nie prowadziły cię swoim śladem, twój ogród wyglądałby zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Gdybyś mogła wybrać spośród ludzkich istot tę dla siebie najbardziej właściwą, do waszych ogrodów mogliby przybywać ludzie potrzebujący pożywienia dla swojego ciała i ducha, życzliwego słowa i otrzymaliby dar miłości, troski, nadziei wzmocniony wiarą, a której pozbawiono 
ciebie samą. I to jest właśnie to, co chciałabym pokazać światu. To jak ciagle brakuje ludziom wolności, jak spychani jesteśmy na inne tory przez powszechną ciągłość manipulacji, przez powszechną, milczącą akceptację zła, społeczne przyzwolenie na ludzką zwierzęcość, na fachowców, których ograniczona świadomość człowieczeństwa wyrządza mu więcej szkód niż sama jest w stanie objąć rozumem. Czasami myślę słowami - "mieczem wojujesz od miecza giniesz" i uwierz mi, chciałabym, aby chociaż czasami w tych słowach narodziło się życie.
Chciałabym zrealizować swój plan.Czy zdołam tego dokonać pokaże czas i moja zaparta, ośla siła.
(kocham osiołki!)

poniedziałek, 31 października 2011

Echo Karmazynowych Gór.

***jess


   "Jestem jak samotne drzewo porzucone pośród pól z dala od ciemnych i zwartych lasów, które siłą wielkości stawiają skuteczny opór potędze wojny między Ziemią a Niebem. Stoję samotnie, gięta wichrami, targana burzami, moknę w ulewach deszczu, drętwieję od mrozu, a mimo to jestem Drzewem Nieustraszonym bardziej niż wszystkie inne, ochronną klamrą lasu spięte."
- pisała Emili w jednym ze swoich do mnie listów.
Czyż nie jest to wspaniałe nosić w sobie taką sentencję? Zapadły słowa Emili we mnie jak w studnię i trwały przy mnie, bo wszak też żyłam tutaj samotnie, wyrwana z korzeni, z tą jednak różnicą, że na własne życzenie. Emili wprawdzie również na skutek własnych wyborów, ale jakże różnicowały się okoliczności, w których zrodziły się owe decyzje. Róznica między nocą a dniem, między niebem a ziemią, między pogodą, a niepogodą to najlepszy rezonans powodów.
Kontakt telefoniczny i poczta dostarczały mi ciągle nowych części do portretu Emili,  pytań miałam mnóstwo całe, na które nie zawsze otrzymywałam odpowiedź, czy to pominiętą, czy zagubioną pośród innych myśli wielu, dość, że postanowiłam ukrócić rachunki telefoniczne tak swoje jak i Emili i zaproponowałam spotkanie na dłużej, swobodniej u mnie. Omówiłyśmy szczegóły i zaczęło się oczekiwanie na jesienny, liściasty październik. Przygotowałam pokój gościnny, Henry udrożnił kominek w salonie graniczącym z kuchnią (bardzo wygodne przystosowanie) i pomógł w gromadzeniu drewna, opustoszały z plonów pola, zazłociły się liście drzew w ogrodach i powietrze nabrało smaku jesiennej wilgoci.
Czekałam cierpliwie na gościa i nic nie wskazywało na to, że życie nabierze innego wymiaru, a ja znajdę sie kolejny tego roku raz w Polsce.
Tao Nieba i Ziemi mówi:
"Wszystko przychodzi samo z siebie, kiedy nastaje właściwa pora."
 Któregoś wieczoru przeczytałam wiadomość Emili:
"W ruinę rozpadły  się nasze plany i zdrowie moje. Mam się raczej źle, ale najgorszym jest to, że poddano mój organizm wielu badaniom, niektóre z nich wymagają hospitalizacji, lekarze diagnozują w moich płucach narośnięty guz i nie owijając w bawełnę jasno, z dużym prawdopodobieństwem określają przyszłości czas, co mnie przeraża bardzo. Jestem tak roztrzęsiona jak trącony wiatrem liść, czując jakby każda komórka mojego ciała była poluzowana, a ja nie mogę ich do kupy zebrać. Wybacz proszę, że nie zrealizuję naszych wspólnych planów i nie przyjadę jesienią do Ciebie, bo nie jestem pewna dnia jutrzejszego."
   Moje dni i niemałe części nocy dostały turbo-napędu, a Emili lakoniczną odpowiedź:
- Nic się nie martw, nie ważne jest, gdzie się spotkamy, pewnym natomiast, że nastąpi to  
   niechybnie.

niedziela, 24 lipca 2011

w zielonej ciszy starego parku poznałam Emili - cd

***jess
   Po kilku godzinach obchodu postanowiłam, że powrotną drogę do domu skrócę i przejdę ścieżkami lasu, na których spotykałam już sarny, a które przyzwyczaiły się do mojej osoby i wyjdę tuż obok stawu, skąd mam tylko kawałek do siebie. Schodziłam z niewielkiego pochylenia ziemi wprost na przerzuconą, drewnianą kładeczkę nad strumyczkiem wody, który z jednej strony wpadał do stawu, a z drugiej z niego wypływał. Kładka o tej porze roku była zupełnie niewidoczna w gąszczu zielonej wierzby okrywającej swoimi długimi warkoczami spróchniałe czasem i wilgocią deski, nad którymi po jednej jej stronie wisiała rosochata, pokręcona poręcz zrobiona ze znalezionych w parku utrąconych przez wiatr gałęzi.
Weszłam na ten mały mostek i przez kołyszące się zieloną ścianą gałązki brzozy ujrzałam siedzącą nad brzegiem kobietę, opartą plecami o pień nadbrzeżnego klonu. Paliła papierosa, dym wolną chmurką unosił się nad jej głową ukrytą pod dżinsowym kapeluszem. Zatrzymałam się trochę zdziwiona, że mogę spotkać tutaj ludzką istotę. Raczej nikt nigdy nie przychodził nad staw, a na pewno już nad nim nie siedział. Nawet Henry nie zaglądał tu często.
Pomyślało mi się, że może przyjechała w odwiedziny jego wnuczka i szuka trochę odosobnionej chwili dla siebie, ale nic o tym nie wiedziałam, nikt nie wspominał o gościach, a wiedzieć trzeba, że my tutaj wszyscy najbliżsi siebie sąsiedzi wiedzieliśmy o sobie wszystko, no prawie wszystko i żyliśmy jak niewielka rodzina.
Postałam chwilę, nic mi nie przyszło do głowy, ruszyłam wolniejszym krokiem w kierunku kobiety. Nie mogła mnie dojrzeć od razu. Po pierwsze widoczność ograniczała zieloność krzewów, gałązek, drobnych drzewek, po drugie kobieta była zatopiona w swoich myślach, jakby scalona z otaczającą zieloną ciszą, wygładzoną taflą wody, odgłosami ptaków zbierających się do swoich miejsc wieczornego spoczynku. Kroki tłumiła miękka trawa i pomyślałam sobie, że ją przestraszę, kiedy tak niespodziewanie stanę tuż przy niej.
Chrząknęłam delikatnie, spoglądając na reakcję kobiety. Usłyszała, odwróciła głowę w moim kierunku. Zgasiła papierosa na ziemi, niedopałek zwinęła w jakiś kawałek folii i włożyła śmieci do dżinsowej torebki stojącej w trawie tuż obok. Ujęła mnie tym gestem.
Widząc, że nadchodzę chyba zaniepokoiła się odrobinę, wstała i pełna zmieszania oczekiwała.
- Hello
Uśmiechnęłam się z pozdrowieniem.
- Good ... afternoon
Odpowiedziała z lekkim wahnięciem między słowami, jakby zastanowiła się sekundę, czy używa właściwego zwrotu na tę porę dnia jeszcze.
- I' m sorry
Dodała wskazując ruchem ręki otoczenie i siebie, przepraszając za swoją tutaj obecność.
- It's all right, I'm...
- Thank you very much
Przerwała zakłopotana, więc kończyłam swoją wypowiedź
- I'm staying nearby, only pass through here.
Zakłopotanie na twarzy kobiety było wyraźnie widoczne, oczy zza szkieł okularów patrzyły na mnie miodowym kolorem pomieszanym z niepewnością i jakby szczyptą smutku, który być może towarzyszył jej w kontemlacyjnym zamyśleniu i nie zdążył się rozproszyć w tej niespodziewanej zmianie sytuacji.
- My English is very bad.
Mówiła wolno rozciągniętymi w uśmiechu ustami. Coś mnie zastanowiło, wsłuchiwałam się w jej głos. Był młody, jakiś szczery, przesycony emocją zmieszania, może zażenowania. Przemknęła analityczna myśl - ona jest Polką? Nie, chyba nie jest to możliwe, rozsądek wiedział lepiej od podszeptu intuicji. Coś mnie powstrzymywało od pójścia dalej swoją dróżką i pozostawienia tej drobnej postaci, coś nakazywało mi nawiązać dalszą rozmowę. Stałyśmy tak na wprost siebie uśmiechając się, ale wcale nie było to niezręczne. Pomiędzy nami czaiło się oczekiwanie.
- Where are you?
Słowa poleciały same, nim się spostrzegłam, że właściwie nie zadaje się tych pytań, mimo częstych, grzecznościowych zwrotów, tutaj dość powszechnie stosowanych.
Uśmiechnęła się jeszcze bardziej, zakłopotanie zmniejszyło swój wydźwięk i odniosłam wrażenie, że jest bardzo, ale to bardzo autentyczna, spontaniczna tak w zachowaniu jak i wypowiedzi.
- I'm from Poland.
Aż się bezgłośnie zachłysnęłam. Wyciągnęłam do niej rękę i słowa zupełnie automatycznie znów poleciały
My name is Jess, nice to meet you...
Cholera, co ja plotę.
- Cieszę się, że widzę polską duszę na tej obczyźnie bądź co bądź, też jestem Polką, tylko nazywam się trochę inaczej, to takie małe dziedzictwo po przodkach, nie bierz sobie do serca i mów mi po prostu Jess.
- Emilia - odpowiedziała zaskoczona podając do uścisku swoją rękę.Splotły się dłonie w ciepłym, mocnym uścisku, jak dwoje przyjaciół po długiej rozłące. Żadna z nas nie wypuszczała dłoni drugiej, trwało to dłużej niż wymagała tego ceremonia.
Wreszcie Emili poprosiła, abym usiadła na zielonym dywanie zapraszając gestem rąk, serdecznością w głosie i jakąś jego radosną melodią. Usiadłam z chęcią, chociaż powinnam już dotrzeć do domu i zająć się swoją zwierzęcą trzódką.
Okazało się, że Emili przybyła tutaj kilka miesięcy temu w celach oczywistych, czyli zarobkowych. Czy jest zadowolona z bobytu? Owszem, może być, chociaż liczyła na większe pieniądze, ale też bardzo tęskni za swoim domem, za Polską, za tym magicznym każdego człowieka miejscem, które niewidzialnie wiąże go ze sobą. Do parku i nad wodę przychodzi dość często z małym chłopczykiem, którym się tutaj opiekuje. Pytam, czy mogłaby się spotykać ze mną, na co  bez zastanowienia zgadza. Gawędzimy jeszcze z dobrą godzinę, słońce już skryło się za ścianą lasu, wyłaniają się pierwsze szare zmroki, czas się pożegnać. Idziemy kilkanaście metrów razem aleją parkową do rozwidlenia. Tam każda z nas idzie we własnym kierunku wytyczonym przez obowiązki, zadania, role. Pokazuję jeszcze Emili jak mogłaby dojść do mojego gospodarstwa, gdyby zechciała, a co dla mnie będzie doprawdy przyjemnością. Wpisałam numer telefonu Emili i wzajemnie.
Cieszyłam się nawet nie wiem czemu na tę znajomość, Emili też, może dlatego, że obie byłyśmy Polkami, może powiązała nas jakś nic sympatii, nie ważne. Ważne było to, że w momencie pożegnania już rodziła się we mnie chęć wspólnego spędzenia z nią czasu. To rzadkość takie odczucie w stosunku do nowo poznanej osoby. Wiem, że jest bardzo autentyczna, dlatego przyciąga uwagę. Zamierzam ją poswięcić Emili.

poniedziałek, 18 lipca 2011

***

***jess
    nadzieja jest światełkiem iluzji,  jak zorza na północnym niebie -
obie nie zmieniają rzeczywistości.



    krople rosy schwytane w pajęczą sieć podobne są łzom, które rodzą się bezdźwięcznie u źródeł bólu niemym krzykiem duszy -
i rosa i łzy - są kryształowo czyste.

czwartek, 7 lipca 2011

Rapsodia / muzyka relaksacyjna/



***jess
(...) kiedy muzyka zapuka do twoich wrót, a których tak naprawdę nie ma, otwórz się
i posłuchaj -
jak z piersi uwalnia się wiatr, dusza rozwija skrzydła, migoce chwila mierzona tętnieniem serca
i patrz -
zamkniętymi oczami w przestrzenie nieznane
i leć -
myślami w inne wymiary
wszak wolnym bedziesz jak błekitny ptak szybujący w oceanach swojej wyobraźni (...)

środa, 6 lipca 2011

Dziewczyna która na pięć minut zatrzymała świat



***jess

"Gdzie honor i życie tam przesłanie człowieka." / z filmu Gladiator/

Cuda Natury



***jess
            każda ludzka istota jest maleńkim ogniwem w łańcuchu potęgi tworzącej Cuda Swiata,
           a więc również jest cudem. Chrońmy i szanujmy zatem wszelkie cuda.

wtorek, 28 czerwca 2011

w zielonej ciszy starego parku poznałam Emili

***jess
W zielonej ciszy starego parku późnym, skłaniającym się ku wieczorowi popołudniem poznałam Emili.
Wczorajszego wieczoru, po dość długim pobycie w Polsce wróciłam do siebie, do domu, w którym mieszkam od kilkunastu lat na zielonej wyspie.
Kiedyś przed laty, kiedy odeszli na zawsze rodzice i nie zostało nic, co mogło mnie scementować z krajem, w którym panował strach, żebranina o jakąś egzystencję ( nie mówiąc o godności), wszechwładna prowizorka - byle na dzisiaj, bałagan i chaos w urzędach, niepewna interpretacja wagonowych przepisów, walka ludzi o stołki na cokolikach władzy, mało pewnych, wręcz jako ludzi budzących nawet niechęć, postanowiłam, że niech się dzieje co chce, ale porzucam ten dziwny kraj, gdzie człowiek pracy jest niczym, nie znaczącym elementem wielkiej machiny, jakiejś przedziwnej kombinacji terroru, pogwałcania ludzkich praw, feudalnego wyzysku i sztandarów utopii.
Osiadłam w Anglii na zielonym kawałku ziemi, trochę podupadłej farmie, na której hodowało się trochę owiec i trochę bydła.
Wiedziałam, że nie znam się na tym, ale założyłam, że jak się chce, to się można nauczyć. Nawiązałam kontakty z pobliskimi sąsiadami i spotkałam się z ich życzliwością, zainteresowaniem i chęcią służenia pomocą. Przyjmowałam wszystko niemal zachwycona stosunkiem człowieka do człowieka, wszak dla trzydziestoparoletniej kobiety wychowanej w innej kulturze, było to coś nowego, wspaniałego, to coś sprawiało, że w moim jestestwie rodziło się nowe dziecię, nowa świadomość, zmieniała się moja mentalność.
Po roku, a może dłużej trochę, stwierdziłam, że prowadzone dotąd hodowle nie przynoszą oczekiwanych zysków i postanowiłam zmienić specjalizację na rolną uprawę ziemi.
Bardzo pomogli mi w drażaniu tego projektu w życie właśnie sąsiedzi. Niesamowici ludzie. Bywało, że będąc w okolicy swoich pastwisk przychodzili z zapytaniem, czy trzeba mi w czymś pomóc, może coś dostarczyć, przewieźć, zakupić, zaorać kawał pola. Ot tak sobie, bez żadnej interesowności. I pomagali, nie oczekując niczego w zamian. Trudno wprost uwierzyć - też nie mogłam.. Powoli, powoli coś się zaczynało dziać i szło w dobrym kierunku. Kurczyły się jednak niemożliwe środki utrzymania. Zaczęłam się rozglądać za jakimś pewniejszym dochodem, a nede wszystko bieżącym. Barierę stanowił język opanowany w stopniu zaledwie dostatecznym i chorobliwy brak auta ( w Anglii to środek pierwszej potrzeby). Nie mogłam swobodnie się poruszać, a do najbliższych miasteczek prowadziły długie kilometry dróg i autostrad. Wypad do miasta zajmował niemal cały dzień i ciążyły wielkie zakupy na kilka dni co najmniej. Też pomogli ludzie. Bardzo dojrzały wiekiem Henry sprzedał mi starego jeepa, na początek nie prosząc o zapłatę - "Oddasz jak bedziesz miała" i po drobnych zabiegach mechanicznych oraz pielęgnacyjnych, mogłam dojeżdżać. W prawdzie nie było w nim szyb, ale przez to miałam poszerzone horyzonty spojrzenia na daleki świat w cieplejszych porach roku. Na zimę konieczny był szerszy zasięg prac i środków, aby auto służyć mogło.
Zasiane pszenicą pola oczekiwały na pierwsze plony, a ja intensywniej poszukiwałam pracy. W kilka miesięcy dopiero niestety udało mi się zahaczyć w czytlni - bibliotece na czas bardzo ściśle określony, bo tylko na zastępstwo kobiety spodziewającej się dziecka. Akt narodzin nastąpił, trochę z duszą na ramieniu przystąpiłam do nowych zadań. Nie było tego wiele, jakoś sprostałam zadaniu i zostałam do dzisiaj. Moja poprzedniczka zajęła się domem i wychowywaniem pierworodnego.
   Trochę się zapuściłam za daleko w tej opowieści, wszak ma to być opowieść Emili.
Wróciłam z Polski i następnego dnia koniecznie musiałam obejść kilka hektarów ziemi, rzucić na nie gospodarskie spojrzenie. Po lunchu poszłam na długi spacer.
Jest to czas, w którym moja droga życia przecięła się z drogą Emili.
Czy to był czysty zbieg okoliczności, przypadek, zrządzenie losu?
Nie planowałam trasy, nie zamierzałam kogoś poznawać, nie planowałam spotkania.
Nie pomyślałam, że wśród tego bogactwa zieleni, nurzającego się w ciepłym, lśniącym lustrze stawu spotkam tak bogata duszę, która zatopiona w zielonej ciszy, w promieniach schodzącego z nieba słońca na angielskiej ziemi sprawi, że przestwór rozbłyśnie świetlistą zorzą przyjaźni i zaowocuje wielokrotnymi spotkaniami tu na tym małym kawałku ziemi, zanurzonej zielonymi stopami w wodzie stawu, nad którym rozpuszcza swoje letnie włosy
przybrzeżna roślinność, a jej mieszkańcy gaszą pragnienie
TAGI: k pierwsze potrzeby w Anglii

góry przeszłości

***jess
   Każdy z nas ma swoją historię, swoją przeszłość, która jak wielka góra stoi za nami wszędzie tam, gdzie my jesteśmy i patrzy na nasze plecy. Można by powiedzieć, że to jedyny najwierniejszy przyjaciel człowieka od początków jego istnienia po kres.
   W jej ogromnym wnętrzu mieszczą się niezliczone labirynty, komnaty, zakamarki, schody w górę i pełne mrocznych cieni w dół. Ze ścian zwisają liczne pajęczyny kurzu, ciemności rozświetlają cieniutkie niteczki światła. W licznych komnatach mieszkają nasze cienie, płaczą nasze bóle, cierpienia, z których, tworzą się strumienie słonych łez płynące raz dzwoniącym, rozśpiewanym strumyczkiem, innym razem wzburzonym, żywiołem rwącym na przełaj, niszczącym wszystko co na jego drodze. Strachy i leki drżą przyklejone kurczowo do ścian góry, nad nimi przemyka wiatr krzyku oświetlając sobie drogę piekącym płomieniem destrukcji.
W komnatach drzemią nasze wspomnienia. Niektóre jaśnieją w ciemnościach czystym światełkiem radości, miłości, wzruszenia. Prowadzą do nich ścieżki wysłane kobiercami naszych dobrych intencji, dobrych życzeń, uplecionych z jasniejących promieni słońc. Stoją tutaj wielkie i małe trony, na nich spoczywają korony naszych dzieł, misterną pracą rąk zdobione. Nasze pomniki dokonań, osiągnięć w ziemskiej wędrówce. Ze ścian zwieszają się jak olbrzymie, drzemiące pająki portrety ludzi, którzy przecięli naszą ścieżkę życia. Jedni szli z nami razem krócej, lub dłużej, innych zatrzymała na chwilę spirala losu. Wszystkie połączone z górą plątaniną srebrzacych się niteczek ludzkiej energii.
Góra przeszłości martwą nie jest, zyje swoją energią, złożonych w niej emocji, uczuć, obrazów zdarzeń, postaci. I długo żyć jeszcze będzie, kiedy my odejdziemy bezpowrotnie żywiąc się okruchami wspomnień pozostałych w sercach ludzi, naszych bliższych i dalszych znajomych, rodziny.
Plączą się w niej ścieżki, zarastają różnymi krzakociami trudnych spraw, niektóre giną zasypane kurzem czasu, ale istnieją. Mało tego, czasami odradzają się i ujawniają swoją obecność na kruchej krawędzi jawy i snu. Sączą się w sen, przenikają najmniejszą szczelinką w uśpioną świadomość jak fala powrotu odbita od dna podświadomości.
Bywa, że długo zwlekają z zamiarem ujawnienia sie w nagiej, nie skażonej prawdzie nim człowiek bedzie gotów na jej przyjęcie. Zbyt dobrze znają swojego właściciela, aby nagiąć jego czas. Jak nic i nikt bardziej na świecie wiedzą, kiedy mogą otworzyć swoje pieczęcie przed świadomym, ludzkim umysłem.
 Bywa, że góra przygotowuje cłowieka do dalszej drogi, być może jakiegoś pokręconego wirażu, w którym mógłby się zgubić. Wtedy jej potęga pojawia się w sennych marzeniach jako sen ostrzegawczy. i kiedy zbliżają się zmiany, odłożone wspomnienie snu w pamięci góry pozwala na ułożenie puzli w całość.
Już wiemy, że napływają nowe zdarzenia, że nasza droga zmienia kierunek, pojawiają się nowi ludzie, chociaż i tak często nazywamy to przypadkiem.
Bywa jednak, że jesteśmy w tych zmianach zagubieni jak małe dzieci, którym zabrakło prowadzacej reki. Z pomocą przychodzi podświadomość i w snach odkrywa prawdziwe karty, ujawnia rzeczywiste obrazy, obalając nasze mity utworzone z wiarą w to w co chcieliśmy wierzyć. Nie zawsze są łatwe do przyjęcia, akceptacji, bo człowiek to taka dziwna istota, która wszystko ubarwia pozytywnym kolorem, ciepłą myślą i żywi nadzieję, że ów mit wiary jest jedynym dla niego dobrem.
Niekoniecznie, bo kiedy budzimy się z takiego snu, cieszymy się, że to był tylko sen, że obudziliśmy się ze strasznego koszmaru, a sen pójdzie w zapomniane. Złożymy go w niedostępne obszary naszej góry.Tam poczeka, aż dojrzejemy i zrozumiemy, jak złudną jest nadzieja.

Senne marzenia Emili

***jess
Marzenia. Chyba wszyscy je mamy. Mniejsze, większe, kolorowe i te zwyczajne, realne, szarego codziennego dnia.
Ale istnieje w nazwie jeszcze jeden rodzaj marzeń -
Marzenia senne.
Czy aby zawsze ta nazwa jest właściwą?

(...)" Śni mi sie matka Thomasa. Jest w bardzo zaawansowanej ciąży. Lada moment nastąpi rozwiązanie. Jest ociężała, z trudnością się porusza, twarz, ręce, nogi w obrzękach, na twarzy zmęczenie i pozorny spokój. Przyglądam się jej oczom. Spokój jest maską, w oczach czai strach, wypełniony dynamicznym ruchem gałek, ukradkowych spojrzeń rzucanych na sterczący brzuch. Jest w nich coś jeszcze, co mnie przeraża. Ona nie chce tego dziecka, jakby się nim za wczasu brzydziła. Niechęć w niej jest tak mocno wezbrana, że stara się ukryć z całych swoich sił w wirującym bez ustanku wzroku.
Nie, ona nie czeka na to dziecko z miłością i oddaniem. czemu? Zastanawiam się. Czemu ona tak bardzo go nie chce, a mimo to rodzi nowe życie. Czemu jest w niej tyle negatywnej postawy?
Zaczyna się poród. Przebiega prawidłowo, klasycznie. nasilają się skórcze, kobieta oddycha z większym trudem, twarz wykrzywia się w grymasach bólu i wysiłku. Powoli ukazuje się główka dziecka i w tym momencie kobieta wstrząsa się, wzdryga się jak przed czymś obrzydliwym i zaniechuje wszelkich czynności. Akcja porodowa ustaje, dziecko z urodzoną główką może się udusić. Ona nieruchomieje, jakby ważyła w sobie w tym decydującym momencie, czy dać zycie nowemu, czy je go pozbawić.
Patrzę i widzę, jak bardzo jest krucha granica między życiem a śmiercią, że tak bardzo wiele zależy od woli rodzącej. Jest to straszny moment, nie można nic zrobić, jedynie być świadkiem dokonującej się w kobiecie transformacji, burzy decyzji, wahania. Tak bardzo niewiele trzeba, tylko jeden malutki akt woli, aby zamkniętą duszę w niemowlęcym ciałku skazać na wieczną ciemność lub otworzyć bramę do światła i życia.
 Z wykrzywioną w determinacji twarzą, krzykiem wydobytym z głębin gardła i krtani kobieta poddaje sie ostatniemu skurczowi macicy i rodzi nowe życie. Dookoła zalega jakś nieswoista cisza, usta kobiety zamierają, krzyk się urywa. Dzień szarzeje, upiorna cisza potęguje się z cała swoją mocą. Nie brzmi w niej najdrobniejszy szelest, szept, szmer oddechu.Noworodek leży jakby martwy, nie porusza się, jego matka również. Obraz jest martwy, wszelki najmniejszy ruch znikł . Dziecko przyszło na świat w Tajemnicy Ciszy. Mam wrażenie jakby cały wszechświat powstrzymał wszelki ruch. Chwila narodzin jest chwilą złowieszczą.
Nowonarodzona istota w małym stopniu przypomina ludzkiego noworodka. Ciało pokryte ciemnobrązową skórą błyszczy od wód płodowych, jest mokre i oślizgłe. Kończyny zakończone długimi, brązowymi, wygietymi paznokciami do złudzenia przypominają szpony drapieżników. Na krótkim, klockowatym tułowiu osadzona wielkich rozmiarów głowa z mocno wysunietą do przodu dolną szczęką, coś co w żaden sposób nie jest podobne do głowy człowieka czy jakiegokolwiek znanego zwierzęcia.
Noworodek jest straszny, a wizerunek straszydła potęguje wszeobecna cisza i jego wielkie czarne, głębokie oczy szeroko otwarte, z których wyziera na ten świat jakaś złowieszcza potęga instynktu, siła nieświadomości. I nagle cisza rozbrzmierza dźwiękiem zgrzytających w buzi noworodka zębów. Dziecię jest żywe. Jest męskiej płci." (...)

  Sny Emili są niesamowite, straszne, koszmarne, ale również intrygujące. Mówi, że kiedyś nie rozumiała ich i bardzo sie bała. Dziś też potrafią wybudzic ją nagle koszmarnym widziadłem, po których już nie może zasnąć ponownie.
   Co jakiś czas bedę starała się je tutaj opisać na podstawie jej zapisanych opowieści.
Podświadomość Emili daje jej wyraźne sygnały, czym, lub jak ktoś woli kim jest człowiek, któremu zaufała swoim życiem, któremu oddała jego znaczną część.Sen ją ostrzegał, ale to był taki czas, że Emili nie chciała przyjąć do swojej świadomości tego, ze jej wieloletni partner życiowy jest niestety mutacją genetyczną, jak pisała daleko później w swoich wierszach. Chciała wierzyć, że może nauka  bada ludzkie geny, wyciąga wnioski, obserwuje, ale przecież to wszystko odbywało sie w jakichś laboratoriach, gdzies daleko, ale żeby tak od razu w życiu? Nie, w to uwierzyć nie była w stanie.

krzyk musi być niemy

***jess
Kto to wie?
Czy ja?
Czy wiesz ty?
Tak.
Wiesz ty.
Wszystko to kpina
śmiecie i my
"Wszystko da się kupić?"
"To tylko kwestia ceny?"
Krzyk
Krzyk
Krzyk musi być niemy
Modlitwy szept
Duszy strzęp -
Czas miniony
Ptaka cień
Ślad zgubiony -
Mija się z życiem
                                /Emili/


Nie, nie zgadzam się. każde wołanie powinno być głośne i słyszalne dla wielu słuchających uszu. Każde wołanie, tym bardziej krzyk jest erupcją wezbranego wulkanu. W przypadku człowieka to zazwyczaj wołanie o pomoc.
Emili pisze:
-"Krzyk, krzyk musi byc niemy"
Czyż nie jest bardziej słyszalny? Tak może wyrazić siebie tylko człowiek sponiewierany, zastraszony, może nawet zaszczuty, uwięziony, wyizolowany z jakiejś określonej społecznej grupy.
Co lub kto powoduje tak śmiertelną obawę przed uzewnętrznieniem traumatycznych doświadczeń?
Doswiadczeń zgotowanych nie przez jakiś los, przeznaczenie, jak czasami lubimy zastępować takimi zwrotami słowa określające przemoc, gwałt, hańbę, a nawet plotki, często tworzone po to, aby człowieka sponiewierać. Produkt czysto abstrakcyjny, którego w żaden sposób skonfrontować się nie da, bo z kim? Z czym?
To człowiek człowiekowi potrafi z życia urządzic piekło.
Człowiek przebiegły, podszyty tchórzostwem, instynktowną dbałością o swoje, zorientowany całkowicie na swoje potrzeby, wykorzystujący do maximum otoczenie na swoje sprawy, często inteligentny o wewnetrznym, silnym przekonaniu o słuszności własnych wyborów. Człowiek pozbawiony wszelkich wyższych wartości - psychopata.
   Postaram się opisać opowieść Emili, moim zdaniem wstrząsjącą i dlatego autentyczną.
Niech bedzie pewnego rodzaju uwagą, aby bliżej poznawać naturę ludzką i samego człowieka.
Czy zby napewno człowiek jest takim człowiekiem jakim go widzimy przez pryzmat swojego nastawienia do ludzkości, czy takim jakim on jest w istocie.
Pisała w jednym ze swoich wierszy, kiedy odkryła na jednym z profili internetowych miłego, towarzyskiego, kochająceo świat, ludzi i zwierzęta człowieka - swojego oprawcę. On to umieścił wpis Stanisława Leca:
                                                                     " bądźmy ludźmi dopóki nauka nie odkryje,
                                                                        że jesteśmy czym innym"
" Nauka już zna odpowiedź -
  jesteśmy mutacją genów
  rodzących zwyrodniałe karły,
  żywym biologicznie organizmem
  na duchowej pustyni,
  zawieszonych w duchowym czyśćcu,
  w którym z potęgą siły
  szukamy ludzkiej duszy
  między światem umarłych i żywych"
                                                   /Emili/

Po drodze

 Miałam już zasiąśc prawie uroczyście do twórczej działalności na czyściutkim jeszcze blogu, koncepcję też jakąś w głowie miałam, ale po drodze mi było...
Właśnie - po drodze...
Sięgnęłam ręką po książkę, otworzyłam, przeczytałam fragment i sie zamysliłam, jak dziwne jest życie, jak krętymi nieraz chodzi drogami, a człowiek zwłaszcza ubarwia je tonami myśli.
Oto fragment:

(...) "Czy to możliwe, że moim jedynym domem jest ludzka kultura i jej system wartości? Albo ta ziemia moja matka jest potworem, albo ja jestem dziwolągiem.
- Nie!
Jesteśmy moralnymi istotami żyjącymi w amoralnym świecie. Więc zróbmy sobie wszyscy lobotomię, aby powrócić do stanu naturalnego. Możemy zatem opuścić biblioteki, po lobotomii wrócić nad strumień i żyć nad jego brzegiem równie beztrosko jak piżmoszczur albo trzcina."(...) /Annie Dillard.

Książkę otrzymałam w geście przyjaźni od Emili. To o niej chcę tutaj napisać. To niezwykle barwna postać, z przebogato wyposażoną w barwy życia duszą.
Emili jest drobną kobietą o oliwkowej skórze, ładnej twarzy, na której często gości przełamujący wszelkie bariery uśmiech. Ma piękne bursztynowe oczy, w których miodowy bursztyn skupiony dookoła czarnej soczewki, obejmuje regularny pas ciemno-zielonego morza o zmierzchu, wyraźnie odcinającego się od białej części oprawionych w gęste ciemne, brązowe rzęsy oczu. Oczy Emili są niesamowite, magnetyczne i wyrażają niemal wszystko, co kryje się w głębinach jej duszy. Kiedy snuje swoją opowieść wydobytą ze wspomnień, oczy nie opuszczają ani jednej emocji, wywołanej falą powrotu do przeszłości. Odżywają, tętnią melodią, malują obrazy, błyszczą blaskiem usmiechu, drżą wzruszone, pokrywają się smutkiem i zasłaniają łzami.
   Pochodzi z rodziny, której korzenie sięgają dalekich wschodnich regionów Europy, mieszka na stałe i żyje w Polsce, rodzice dawno odeszli, a pozostała trójka rodzeństwa rozprzestrzeniła się po kraju, choć bywa, że przynajmniej raz do roku spotykają się ze sobą i swoim licznym potomstwem, aby odkurzyć historie rodzinne.

MODLITWA - OKUDŻAWA BUŁAT SZAŁWOWICZ

Dopóki nam ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak
Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak.
Mędrca obdarzyć głową racz, tchórzowi dać konia chciej,
Sypnij grosza szczęściarzom ... i mnie w opiece swej miej.

Dopóki ziemia obraca się, o Panie nasz - na twój znak
Tym, którzy pragną władzy, niech władza ta pójdzie w smak.
Daj szczodrobliwym odetchnąć, niech raz zapłacą mniej
Daj Kainowi skruchę ... i mnie w opiece swej miej.

Ja wiem, że ty wszystko możesz, ja wierzę w twą moc i gest
Jak wierzy zabity żołnierz, że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą, twój ledwo słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie, nie wiedząc, co niesie los.

Panie zielonooki, mój Boże Jedyny spraw -
Dopóki nam ziemia toczy się zdumiona obrotem spraw
Dopóki nam czasu i prochu wciąż jeszcze wystarcza jej
Daj każdemu po trochu ... i mnie w opiece swej miej.