środa, 9 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór - cd.

***jess
   Nowo zawarta znajomość nie zakwitła bujnością kwiecia. Nie była gotowa na związki, to po pierwsze, po drugie facet nie wydawał się również dojrzałym do kolejnego związku, zwłaszcza, że był świeżaczkiem po kilkumiesięcznym zaledwie rozwodzie z rodziną z dwójką dzieci w dorobku. Uważała, że powinien jeszcze jakiś czas odczekać, ułożyć się ze sobą, pozwolić, aby wszelkie emocjonalne rany odniesione w małżeństwie zabliźniły się, żeby odpuścił sobie swoje i innych winy, a nie wciąż się karmił energią ostatnich negatywnych zachowań w relacji. Nie, nie miał jeszcze poukładanych spraw w sobie, każdy nawet niechcąco poruszony temat małżeństwa wywoływał w nim długie opowieści jak to było z nim i z nią, na słuchanie czego ani Emili, ani znajomi ochoty nie mieli, co wogóle faceta nie zrażało, albo nie był w stanie tego zauważyć. Zapamiętały w zozdrapywaniu starych ran przenosił tę energię na plan dzisiejszy.
Pewnie musi się wygadać do tego stopnia, że zabraknie w nim barwy dla słów, pomyślała sobie i po wieczorku zapoznawczym wróciła do swojego świata, zajęć, życia specjalnie nie troszcząc się o nową znajomość. Znajomość wprost przeciwnie. Podtrzymywała kontakt wprawdzie nie osobiście, a telefonicznie, ale za wygraną nie dawała. Emili zaczynała odczuwać pewien rodzaj ograniczenia, nacisku kiedy w kolejnej rozmowie telefonicznej usłyszała, że on dzwoni już po raz trzeci, a jej nie ma w domu i nie podejmuje rozmowy. Nie lubiła takiej presji. Była wolnym człowiekiem, z oddaniem i pieczołowitością wykonywała przyjęte na siebie zobowiązania, chciała dowolnie dysponować wolnym czasem i dowolnie się nim cieszyć, a niekoniecznie zabawnym było znosić narzucające się okoliczności.
   Thomas widząc kulejąco idącą znajomość wraz z wspierającymi go przyjaciółmi ułożył nowy plan. Miał to być wspólnie spędzony urlop wyjazdowy i turystyczny, taki krótki, kilkudniowy. Lucy z Nathanem i dzieciakami w liczbie dwa oraz Thomas ze swoją córką jako spadkiem z rozwiedzionego małżeństwa i oczywiście Emili jako osoba towarzysząca. Komu i czemu miała być towarzyszką nikt nie umiał objaśnić. W roli mediatora wystąpiła tym razem Lucy umawiając się z Emili na baskie plotuchy-pogaduchy. Emili wtajemniczona w plany nie była, więc chętnie przystała na babskie spotkanie, na którym doszło do inicjacyjnego wprowadzenia w tajemnicę kręgu:
-Pojedziemy dwoma autami, ja z Nathanem i dzieciakami, ty z Thomasem i Ruby drugim. Wypadnie nam jeden nocleg, który już zarezerwowałam w niedrogim motelu, a po drodze będziemy zwiedzać. Jakieś jedzenie zabierzemy ze sobą i będzie można zrobić cudowny  piknik na łonie przyrody. Pogoda jest jak marzenie, urlop się przyda wszystkim, więc zorganizuj się.
- Wiesz Lucy, to przemiła propozycja i bardzo chętnie skorzystałabym z niej, gdybym coś niecoś wiedziała wcześniej. Jeśli to nawet wycieczka dwu, czy trzydniowa to jednak zorganizować tak nagle kilka dni urlopu nie jest łatwo i wcale nie mam pewności, że mi się to uda, a po drugie to wymaga również większego zasobu portfela, o który jak dotąd nie troszczyłam się nadmiernie nie przewidując takiej eskapady, a te zasoby, które posiadam, mają zgoła inne przeznaczenie. Dziękuję wam kochana, że pomyśleliście o mnie, ale z przykrością odmawiam.
- No coś ty, nie bierz sobie do serca. Wszystko jest ustalone, policzone i nikt od ciebie nie wymaga, wystarczy, że pojedziesz.
- Dzięki raz jeszcze, zastanowię się.
Zastanowię się znaczyło to samo co nie. Zazwyczaj mówiła tak, żeby nie przedłużać marnej licytacji, jakakolwiek by to była - tak nazywała rozmowy-przetargi, w których nie widziała racji bytu, które nie służyły niczemu, z których nic nie wynikało poza jednokierunkowym uporem jednej ze stron i nie lubiła takich rozmów, gdzie partner ignorował zdanie drugiego.
Wieczorem zadzwonił Thomas z proszącym pytaniem czy mógłby na mały moment wpaść.
Wcale się nie zdziwiła i uzgodniła godzinę.
   Od dziecka, do kiedy potrafi sięgnąć pamięcią miała w sobie dziwną przypadłość, rodzaj przeczucia spraw nieuniknionych, jakby były najbardziej oczywistymi sprawami pod słońcem. Sprawiała swoim rodzicom tym swoistym przeczuciem nie mały kłopot, problem, którego nie umieli zrozumieć, ona tym bardziej. Jakże często się ich bała, jak bardzo potrzebowała opieki, pomocy, której nikt nie był w stanie jej zapewnić, nie rozumiejąc co się w dziecku dzieje. Wzrastała z tym w samotności skrywaną tajemnicę. Ukryła się w sobie, bo kiedy próbowała rozmawiać o swoich przeczuciach, widzianych zdarzeniach, obrazach z matką, ta najczęściej śmiała się kładąc te wszystkie opowieści na karb dziecięcej fantazji, co nie zawsze fantazją było i powodowało milczące matki zdziwienie.Nie rozumiała, skąd małe dzieco wiedzieć mogło jak ubrana jest zmarła babka ojca, nie widząc jej. Dziecko widziało najdrobniejszy szczegół, wiedziało wcześniej  niż inni, że umrze, tak bardzo się bało, ale nikt tego wyjaśnić nie umiał i nie zaprzątał sobie tym głowy. Tak już zostało.
Teraz wiedziała też, że przyjdzie jej się zmierzyć z czymś bardzo niezwykłym, z czymś co wystawi na próbę jej siły i to było powodem, dla którego spowolniała wahając się w wyborze - zmierzyć się, czy nie, czy wystarczająco dość ma w sobie wiary, że nie ulegnie czemuś, co wzbudza wewnętrzny lęk, niepokoi, sprawia, że pojawia się wewnętrzny chłód, od którego powiewu drży jej dusza.
Napór sił zewnętrznych był tak silny, że się poddała i uległa urokowi wycieczkowych dni.
   W przed dzień wyjazdu umówiony telefonicznie Thomas przyjechał, aby przetransportować do Lucy i Nathana jej zgromadzony prowiant, zapakowane kocyki i poduszeczki-jasieczki, osobiste rzeczy. Został chwilę dłużej. Zaparzyła herbatę, gawędzili przy kuchennym stole, on podekscytowany, ona dziwnie spokojna. Uprawiała jogę, medytowała, interesowała się astronomia i astrologią, zdrowymi sposobami żywienia, stosowała czasowo dietę wegetariańską o czym Thomas zielonego pojęcia nie miał, więc teraz był zaciekawiony i był temat do rozmowy innej niż dotąd. Sięgnęła po Tarota, któremu poświęcała sporo analitycznej uwagi, chcąc się przekonać o przypisywanych mu właściwościach. Wyjęte karty wskzały, że wycieczka nie powiedzie się za przyczyną pewnej kobiety, a analizując dalej miałaby ona być spod znaków trygramu wody czyli raka, skorpiona czy ryb. Thomas umilkł zaniepokojony, coś tam bąknął, że jedyną kobietą jemu znaną  jest jego była żonaspod znaku ryb, ale ona mieszka w drugim końcu Polski i chyba to nie ma najmniejszego związku.
Emili się zgodziła, bo karty to tylko karty, przecież może się mylić w interpretacji, pożegnali się, aby nazajutrz spotkać o określonej porze i ruszyć w drogę pełną słońca, nowych miejsc, nowych perspektyw.
   Zbliżała się określona godzina o której miał pojawić się Thomas, aby zabrać Emili, udać się do Lucy i Nathana i razem wyruszyć w drogę.
Noc miała trudną, niespokojny sen, kilkakrotnie budziła się i nawet wkurzała na siebie, na poddenerwowanie, które nie sprzyja wypoczynkowi, a który raczej by się przydał przed czekającymi dziesiątkami kilometrów. Umówiona godzina mijała, wzrastał wewnętrzny niepokój, wzrastało napięcie. Spóźnienie sięgnęło godziny. Zaczęła się zastanawiać, co mogło się stać. Chcąc siebie uspokoić  uznała, że mogło dojść do jakiejś usterki w którymś z samochodów i którą panowie starają się naprawić. Ale Thomas mógłby zadzwonić przynajmniej, sytuacja tego wymagała. W tym samym momencie zadzwonił telefon. Napięcie wzrosło, odebrała:
- Cześć. Thomas z tej strony. Przepraszam, że się spóźniam, ale zaszły nieprzewidziane okoliczności, potem wytłumaczę. Poczekaj jeszcze godzinę, przyjadę.
- No cześć, to może ja sama dojadę do Lucy i Nathana, nie będziesz musiał krążyć po róznych końcach miasta? Zaproponowała.
- Nie, nie, oni już wiedzą, dzwoniłem, wszystko jest w porządku, tylko będzie małe spóźnienie. Czekaj na mnie, Narazie.
- Narazie. Odłożyła słuchawkę. Napięcie opadło, wewnętrzny niepokój nie. Coś się działo, wyłapała emocjonalne napięcie Thomasa, nie było to miłe. Tak było od zawsze, kiedy znajdowała się w pobliżu osób silnie zdenerwowanych, jej się udzielał ich stan, czasem tak silną emanowali energię, że odczuwała fizyczny ból w okolicy splotu słonecznego, inaczej mówiąc w okolicy żołądka. Najgorzej było, kiedy spotykała ludzi naładowanych negatywną siłą, złoszczących się lub tych, którzy słali bardzo złe życzenia w kierunku innych ludzi. Nie mogła tego znieść, dusiły ją te siły, dławiły, miała wrażenie, że opada z niej skóra, bolało wszystko. Nie było tego mało, raczej przeciwnie. Ludzie emitowali w przestrzeń bardzo wiele takich emocji zręcznie ukrywając pod kolejną założoną na twarz maską. Jeśli było to możliwe uciekała do domu lub działkę w ciszę i spokój, tam schodziły z niej napięcia innych. Nie było łatwo żyć j z taką siebie właściwością.
Przyjechał jeszcze wzburzony, roztrzęsiony, zabolało w żołądku.
- Co się stało?
- Nie uwierzysz co się stało. Wiesz, te twoje karty to czysta prawda. Wczoraj, jak wróciłem od ciebie to w domu czekała na mnie niespodzianka. Przyjechała moja była żona z dzieckiem. To jeszcze niemowlę, że chciało jej się jechać taki szmat drogi. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę.
- Prawda, karty, ale to przecież tylko karty. Emili zupełnie o nich zapomniała.
- W obecnej sytuacji nie ma mowy o jakiejś wycieczce. Jedź do domu, zajmij się gościem i dzieckiem, to chyba twoje dziecko, skoro już cię z nim odwiedziła.
- Tak, to moje dziecko, ale urodziło się już po rozwodzie i ja już nic nie mam do niej, nie wiem, dlaczego ona się tutaj pojawiła.
- Tak bez uprzedzenia przyjechała? Zapytała.
- Nikt nic nie wiedział, że przyjedzie, nic nie wskazywało na to.
- No dobra, nieważne. Ja urlop spędzę na działce, ty z rodziną, widocznie nie jest to odpowiedni czas na wspólne wędrówki.
Emili była już całkiem spokojna. Miała to coś przed sobą, było namacalne, fizyczne, mogła konfrontować, ale trudno jej było w tym zamieszaniu rozeznać prawidłowość przepływających informacji o tak silnym i szerokim strumieniu, żeby nie powiedzieć rzece informacji, a to określenie byłoby właściwszym dla tego co usłyszała.
- W żadnym wypadku. Na wycieczkę jedziemy i już. Nikt jej nie zapraszał i nie mam zamiaru spędzać z nią czasu. Jutro odjedzie.
- No nie wiem, czy to dobry pomysł. W końcu to twoja żona i twoje dziecko. Zostaną z twoimi rodzicami? Uważasz, że oni mają obowiązek zajmowania się twoimi sprawami?
- Nic im się nie stanie. Powiedziałem, jutro odjedzie. Zbieraj się, bo Nathan z Lucy mocno się niecierpliwią.
Emili oszołomiona była nadmiarem

wtorek, 8 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór -cd.

***jess.
   A jednak okazało się, że są ludzie w potrzebie, a tak właściwie z tych ludzi w potrzebie był człowiek sztuk jeden. Na dokładkę, żeby było bardziej rozmaicie - mężczyzna. Mężczyzna miał na imię Thomas, był od dawna zaprzyjaźniony z Lucy i Nathanem, z którymi spotykał się dość często w celach kulturalno-rozrywkowych głównie. Na którymś spotkaniu bardzo towarzyskim pożalił się swoim przyjaciołom, że czuje się mocno samotnie i chętnie nawiąże kontakt na dłużej z osobą płci odmiennej, a zaufani przyjaciele mogliby mu w realizacji tegoż zamiaru bardzo pomóc. Przyjaciele gorąco współczuli, Nathan przez moment nawet się utożsamił z tą doskwierającą męską samotnością, wstrząsnął od przebiegających po plecach dreszczy i z ogromną pewnością głosu zapewnił Thomasa, że za nic w świecie nie pozwoli na to aby ten zmarniał w tej obrzydliwie bolesnej samotni. Jak nic, trzeba cóśśś... z tym zrobić.  Przez ułamek sekundy zastanawiał się, umysł pod wpływem nagłego impulsu rozjaśniał nieziemskim światełkiem, zamglenie alkoholowe ustąpiło miejsca blaskom pracujących na najwyższych obrotach myślom i doznał olśnienia tak silnego, że aż się zachwiał pod ważkością odkrycia w ociężałym bądź co bądź od procentów mózgu, zakropił olśnienie schłodzoną wódką i oznajmił:
- Emili. Tylko ona. Od lat jest sama, samowystarczalna, ustabilizowana materialnie, czysta i pracowita.
-  Genialne! Aż usiadł pod wpływem silnie jarzącej się myśli i wzruszającej radości powodowanej chęcią udzielenia pomocy przyjacielowi.
   Wśród bliższych znajomych, jak również w spokrewnionych rodzinach krążyła powszechna opinia, że Natham wprawdzie jest tylko małym, zwyczajnie prostym człowiekiem, ale srece w sobi nosi ogromne. Opinia powstała na skutek gwałtownie okazanej miłości jego matce, kiedy pewnego razu smakując z kolegą sąsiadem różne smaki nektaru bogów, co by na wszelki wypadek mieć rozeznanie, który lepszy, który trochę mniej, a ściślej mówiąc straciwszy poczucie czasu podczas sąsiedzkiego spotkania przy piwie i wróciwszy do domu o mocno spóźnionej godzinie otrzymał od żony Lucy komunikat, że jest synem do wyklęcia tylko, bo dnia właśnie owego jego rodzona matka obchodziła imieniny. Nathan mocno wstrząśnięty informacją, bez słowa wyszedł trzasnąwszy drzwiami i możliwie szybkim krokiem udał się na piętro kamienicy, na którym że to mieszkali jego rodzice po drodze zgarniając z klatkowego okna jakąś doniczkową roślinność. Zapukał raz, zapukał drugi, za drzwiami brzmiała tylko senna cisza, zapukał trzeci i nagłym ruchem wymierzył cios zamkniętym drzwiom zwiniętą w pięść dłonią. Cios był tak silny, że dłoń przeleciała swobodnie na drugą stronę. Nieco zdziwiony męskiej możliwości siłą, włożył przez wybitą dziurę roślinkę i gromkim głosem zawołał:
- Mamo. Życzę ci wszystkiego najlepszego w dniu twoich imienin. Wiedz, że Nathan może czasem coś spsoci, ale zawsze ma wielkie serce.
   Emili wstrząśnięta nie była. Raczej zaskoczona. Nie brała takiej możliwości pod swoją uwagę. Żyła sama, to prawda, ale było jej z tym całkiem dobrze, czasem nawet myślała, że staje się co raz bardziej egoistyczna z tego powodu, że właściwie wszystko kręciło się wokół własnej osoby. Miała wielką dowolność wyborów własnych zachowań, planów i działań. Nic, ani nikt nie poganiał, niczego nie chciał, niczego nie musiała, nie pędziła na określony czas z garnkami na obiad, do szkoły na kolejne, nudne zebranie. Poukładała swoje obowiązki w uporządkowany harmonogram, czasem polegiwała w łóżku czytając zaległą i niezaległą lekturę, czasem wstawała o świcie i jechała na spacer do lasu, wszystko miało swój wymiar, czas i smak. Odstępstwo stanowiły odwiedziny dzieci. Pewnie, że czasami miała dość bycia tylko ze sobą, ale zawsze mogła się z kimś umówić nawet na kilkugodzinne spotkanie. Żeby tak nagle miał się zmienić jej świat? Poznawać kogoś tak od podszewki na co dzień w różnych sytuacjach, jego zachowań, uczyć się przystosowania do innych upodobań, wyobrażeń, schematów? Przecież to całkowita rewolucja.
    Umówiona impreza miała charakter poznawczy. Lucy i Nathan mieli ją zapoznać z Thomasem, co też rzecz jasna nastąpiło na wieczornej imprezie w ich domu.
Stopień zaskoczenia zelżał nieco, bo ona już miała okazję poznać Thomasa na niwie zawodowej wprawdzie, ale podczas trwającego zaledwie może kilkanaście minut kontaktu z nim, dowiedziała się więcej niż wymagała tego sytuacja i ona chciała. Klientów zawsze traktowała grzecznie, prowadziła czasami niezobąwiązujące rozmowy podczas wykonywania zawodowych czynności, ot tak sobie, żeby było przyjemniej. Czasami ktoś się ukłonił na ulicy, odkłaniała się nie zastanawiając się nawet skąd się znają. Praca zawdowowa niesie ogromne rzeki ludzi, które po prostu przepływają tuż obok i płyną swoim nurtem dalej.
Wydał jej się jednym z wielu w gatunku męskim, którzy nigdy nie dojrzewają, są jak zielone, kwaśne jabłka, wiecznie utyskujący na żony, kochanki, dzieci, rodziców, kolegów, koleżanki, na cały świat, tylko nie patrzących na siebie, na to kim są dla tych wszystkich innych" fe"w ich życiu, co sobą w nie wnoszą, co dają, a co biorą. A tacy wydawało się jej, że brać mogą wiele więcej, niż jest im dane, wiecznie niezadowoleni, pretensjonalni, żeby nie powiedzieć zadufani we własnej niedojrzałości. Ot takie sobie wolne myśli, a może jej zdystansowane widzenie, którego źródłem była właśnie egoistyczna samotnia.

niedziela, 6 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór

***jess

(...)
Kiedy z orbity strącony Księżyc
sięga ciemności dna i staje w Nowiu -
w podziemiach Gór
ożywają Kamienne Sarkofagi -
budzą się ze snu
zawieszone między Światem
Żywych i Umarłych
Karmazynowe Istoty,
aby upolować dla siebie Ofiarę.
Tylko Góry Nieustępliwe
stoją Trwałe
płonąc o Słońca Zachodzie
Karmazynowym Płomieniem (...)
                                                           /Emili/

Po zapoznaniu się z treścią notatek, jakie zostawiłam Emili napisała wiersz. Przedstawiam go powyżej.
Znalazła dla siebie też pewną afirmację w wierszu amerykańskiej poetki -

(...)
     Większa od Gór jest moja Wiara -
     gdy Góry staną się prochem,
     Wiara podźwignie z Purpur Wschodu
     Słońce i wskaże mu drogę (...)
                                              /Emili Dickinson w przekładzie Stanisława Barańczaka/

Wiesz Jess, wreszcie mogę spojrzeć na swoją górę jakby trochę z boku. Nie mogłabym natomiast o niej pisać, bo słowa, które miałabym przelać na papier śmiertelnie by go okaleczyły.

   Telefon dzwonił niecierpliwym, stałym rytmem. Wwiercał się w uszy, nasycał dźwiękiem mieszkanie, pełzał w podskokach po ścianach, tańczył melodyjnie po deskach podłogi.
Jak zazwyczaj dzwonił nie w porę. Porę dla niej nieodpowiednią. Wróciła bez mała przed godziną z działki, na której zawsze było coś do zrobienia. Dzisiaj przesiała co najmnie tonę ziemi, wykopała w niej dziurę na oczko wodne i nadźwigała się kamieni, którymi zamierzała to oczko obłożyć tworząc coś w rodzaju trzykondygnacyjnego skalniaka wzniesionego nad tą kroplą wody tylko z jednej strony, aby druga stanowiła swobodny dostęp do oczka. że też zawsze musi mieć jakieś udziwnione pomysły? Udziwnione, dlatego, że kiedy wznosiła już tę górę ziemi i formowała półogrągłe piętra, przechodzący działkowicze jak również sąsiedzi zastanawiali się zatrzymując przy bramie, co też ona z tą górą zamierza zrobić? Wszędzie, wszyscy kładą równe cementowe dróżki pod sznurek, rządek tulipanów, rządek pietruszki, na równych grządkach też pod sznurek, a ona najpierw kopie dziurę, a teraz ta góra ziemi? Kręcili głowami uśmiechając się z lekka. Ale ona wiedziała co chce osiągnąć, więc nie zważając na ludzkie domniemania wykonywała swoją katorżniczą pracę mając w umyśle wizję efektów końcowych, niestety nie wcześniej niż za rok, kiedy wszystkie zasadzone na tych pięterkach wokół oczka wodnego zrobionego z wielkiej, blaszanej balii rośliny rozkrzewią się i zakwitną.
Była zmęczona jak koń zaprzęgowy i dzwoniący telefon był doprawdy bardzo nie w porę. Chciała odpocząć po ciężkim ale satysfakcjonyjącym wysiłku.
- Nie odbiorę, podzwoni i przestanie.
Nie miała ochoty na nawet najdrobniejszy gest leżąc w spoczynku na kanapie, czując jak pulsują tętnice, z ciała schodzi wysiłek. Mogłaby teraz zasnąć i spać już nawet do rana.
Telefon nie dawał za wygraną.
- Może ktoś czegoś bardzo od niej potrzebuje? Pomyślała z właściwym sobie poczuciem jakiegoś przymusu, obowiązku i mimo, że nie miała najmniejszej ochoty na wysiłek wydobywania z siebie głosu zgramoliła się z kanapy, podeszła i odebrała telefon.
- Cześć Emili. Już miałem się rozłączyć myśląc, że jesteś jeszcze na działce, ale super, że się odezwałaś, nie będę ciebie szukał po ogródkach, cha, cha, cha.
Zabrzmiał rozbawiony głos Nathana.
- Cześć Nathan. Nie wiem co cię tak bawi, chyba, że moja obecność po tej stronie słuchawki, bo ja w sobie jakoś żadnej iskry wesołości skrzesać nie mam wprost siły. Byłam na działce, wróciłam całkiem niedawno i jestem tak zdrożona, że nie chciało mi się złazić z kanapy do telefonu, ale skoro zlazłam i nawet stoję, to gadaj o co chodzi, co się stało?
- My dzisiaj z Lucy robimy małą imprezkę i Lucy uznała, ja z resztą też, że powinnaś do nas wpaść, bedzie fajnie, cha, cha, cha..
Najwyraźniej Nathan jest w rozbawionym nastroju wywołanym zapewne już nie jednym drinkiem.
- A co to za impreza? Daj mi jakiś punkt odniesienia do niej, bo nie dzwonisz chyba ot tak sobie ni z gruszki ni z pietruszki, nawiasem mówiąc mam je na działce, a ty nie masz nawet działki. O co chodzi?
- O nic nie chodzi, posiedzimy, pogadamy, wypijemy piwo, albo cóśśś.. ( ulubione powiedzonko Nathana).
- Bo jak nie przyjdziesz, to ja po ciebie przyjadę - rzuca do słuchawki śmiejąc się.
- A możesz sobie przyjeżdżać jak już cię tak strasznie pili, ale zapowiadam ci, że już dzisiaj to ja się z domu nie ruszam. Jestem skonana robotą i nie mam siły na cokolwiek, a tym bardziej na cóśśś...a ty mi mówisz o imprezie? Może kiedy indziej, owszem, zgadamy się, zrobimy wspólnego grila, ale na litość nieboską, a człowieczą - nie dzisiaj!
Nathan rozmawiał z Lucy, spierali się o coś, wreszcie odezwał się do niej.
- No dobra, umówimy się na inny dzień, ale pamiętaj o tym i nie próbuj się wyłgać działką, bo i tak cię znajdę.
Żeby już mieć za sobą ową wiążącą na przyszłość umowę zaproponowała.
- No to powiedzmy w sobotę po południu, tak wstępnie proponuję, jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko, ale umówmy się telefonicznie co do szczegółów, a dzisiaj bawcie się dobrze beze mnie, pozdrów Lucy i dzieciaki. Hej
- Dobra, może być, zdwonimy się, narazie.
Nathan się rozłączył, Emili odetchnęła z ulgą. Że też zawsze musi myśleć, że ludzie są w potrzebie, pomyślała sobie, przecież wcale niekoniecznie.

piątek, 4 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór

***jess
   Wybrałam numer telefonu Emili myśląc, że zaskoczoną nie będzie podejmując połączenie, jako że rozmawiamy ze sobą nawet dość często, ale że jestem tutaj i za kilka godzin się zobaczymy, to zapewne ją zaskoczy.
- Halo Jess, jak sie masz? Ciepły, miękki głos łagodnie spływa do moich uszu, wolniutko rozlewa po całym ciele, przenika tętniące fizjologicznym rytmem tkanki, wewnętrzne narządy i zupełnie niepostrzeżenie rozpływa się w zawiłościach organizmu zostawiając jakąś miękkość, to maleńkie coś, od którego człowiekowi robi się raźniej, radośniej i ma poczucie, że nawet wizje pietrzących się nie do pokonania schodów przed chwilą jeszcze rozwiewają się w marny proch.
-Hej, Emili, mam się całkiem dobrze, dziękuję, ale powiedz mi kochana, ile to ja godzin spędzę w busie uwożącym moją osobistość w kierunku twojego domu tą piękną, jesienną drogą?
Balsamiczny głos Emili w słuchawce telefonu zaniemógł, znieruchomiał zapewne dojrzewając w domysły.
- Jess, aż się zatkałam informacją, którą podsunęła mi wyobraźnia i bardzo proszę nie rozwiewaj tej myśli, raczej potwierdź - jesteś w Polsce i zamierzasz mnie odwiedzić?
Ja się chyba uduszę własnym wzruszeniem jeśli to prawda. No wiesz, tak bardzo mnie zaskoczyć czymś dobrym - nie wielu się udaje, a w ostatnich latach tenże obyczaj zupełnie zaginął pośród ludzkich form. Jesteś cudowną odnowicielką wspaniałych wiadomości!
- Tak, Emili. Zmierzam prosto do ciebie i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z tej drogi, choćby ona była nieskończenie długa i nurząca.
- Ach! Tak się cieszę, tak bardzo się cieszę.
Telefon bryka, skacze, promieniuje radością, śmiechem, płynącym potokiem słów, ciepłych, czułych, balsamicznych słów, a moje niewypasione uszy chłoną i chłoną jak wygłodniałe bestie tę ciepłą miękkość w głosie Emili, aż czasami się martwię, czy aby nie ma we mnie jakiegoś szczątka wampira ładującego akumulatory jej energią. Otrząsam się z tej błyskawicznie przemykającej myśli, udaję się do informacji po niezbędną podróżniczą wiedzę i uśmiecham się do wszystkich radością, którą niejeden podróżny obrzuca dziwnie szybkim, spłoszonym spojrzeniem, jakby uśmiech zupełnie nie przystawał do otaczającej rzeczywistości.
   Spędzam z Emili kilka tygodni, bo tak trzeba, aby po załamaniu zdrowotnym powróciła do swojego ducha. Klinika, seria inwazyjnych badań, diagnoza, zabieg operacyjny.Kiedy zabierano Emili na blok operacyjny szepnęłam:
- Nie rozstawaj się ze swoim duchem, bo mnie bedzie smutno bez niego, kiedy będę tak czekać na ciebie posród tych szpitalnych korytarzy.
Uśmiechnęła się leciutko i mizernie, w bursztynowych oczach zabłysł światełka blask, a może wiary łza, nie zdążyłam zobaczyć, bo szybko osłoniła je ręką.
W kilka godzin później, jeszcze w półśnie poprosiła, abym zapisała:

"Odnaleźć wiary kroplę -
trzeba tak,
zasiać Ziarno Nadziei -
trzeba tak,
w bezsensie znaleźć sens -
trzeba tak,
nawet, gdy brakuje słów,
gdy boli czas
skażony Ogniem
Karmazynowych Gór -
trzeba tak.
Pod górę, pod prąd, pod wiatr
postawić krok, zostawić ślad,
gdy ciemnieje cień,
rani przydrożny cierń -
trzeba tak.
Zacisnąć zęby, otworzyć oczy
i kroczyć, wciąż kroczyć
do przodu w życie,
bo trzeba tak
dopóki serce wciąż żywe
i dusza w ciele kołacze.
Trzeba tak,
bo tylko Jedno masz -
Własne Życie,
Jedną Drogę -
bez możliwości wyboru."

Rozmawiamy dużo o życiu i śmierci bez lęków, spłoszonych spojrzeń, drżenia głosu. Nie boi sie odejścia. Poświęciła temu zagadnieniu sporo uwagi, nie ucieka od tematu, który u innych budzi milczące zmieszanie wywołujące bolesne wspomnienie utraty kogoś bliskiego, amputacyjną niezgodę na ten nieodwracalny proces, a który tak naprawdę jest tylko stopniem, ogniwem łańcucha  sił natury koniecznym do jej trwania i wzrostu. Mówi wprost, że śmierć była na pewnym etapie jej życia tematem intrygującym, fascynującym, poświęciła temu wiele godzin rozważań, medytacji, modlitwie i analizie niewidzialnej wagi w umyśle człowieka na szali której, mierzy się decyzja wyboru, sile woli jako źródła, z której one się rodzą. Pisała o śmierci wiersze, chociaż nie była gotowa na ich publikacje, bo uznała, że minione, jak obecne społeczeństwo generalnie nie jest gotowe na ten kolejny i ostateczny życia krok, może tylko nieliczni mają szerszą świadomość nieodwracalności i nie bronią się ucieczką przed nią. Może kiedyś, może ktoś, kiedy jej już tutaj nie będzie sprawi, że ujrzą światło dnia, ale, czy wogóle zasługują aż na tak wiele? Zmieniają się czasy, zmienia się światopogląd człowieka, może to co było przestanie mieć jakąkolwiek wartość? Nie ma to dla niej znaczenia, jest sprawą uboczną, bo na poziomie swojego umysłu zbadała już stopień przystosowania organizmu do umierania tak na płaszczyźnie fizycznej, psychicznej jak i duchowej.
    Poznałam ducha ogrodów życia Emili. Przejrzałam i skopiowałam wiele notatek, wierszy, zapisków. Zanotowałam wiele opowieści i w swojej duszy zasiałam życzenie - nigdy, ale to nigdy nie zapomnę Emili. Do końca moich dni duch jej ścieżek życia będzie również moim towarzyszem.
W podziękowaniu za gościnę i balsamiczny czas zostawiłam Emili konspekt książki pt:
"Echo Karmazynowych Gór". Przyjęła wzruszona, zawstydzona z rumieńcem na policzkach, nieśmiałością w spojrzeniu.
- Ależ, coś ty. Chciałaś pisać o mnie? O moim zwariowanym, zmarnowanym życiu? Nie masz innych tematów? Cóż ja znaczę i moje życie w garstce popiołu?
- Wierzę, że gdyby na twojej drodze życia nie stanęły pewne osoby i nie prowadziły cię swoim śladem, twój ogród wyglądałby zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Gdybyś mogła wybrać spośród ludzkich istot tę dla siebie najbardziej właściwą, do waszych ogrodów mogliby przybywać ludzie potrzebujący pożywienia dla swojego ciała i ducha, życzliwego słowa i otrzymaliby dar miłości, troski, nadziei wzmocniony wiarą, a której pozbawiono 
ciebie samą. I to jest właśnie to, co chciałabym pokazać światu. To jak ciagle brakuje ludziom wolności, jak spychani jesteśmy na inne tory przez powszechną ciągłość manipulacji, przez powszechną, milczącą akceptację zła, społeczne przyzwolenie na ludzką zwierzęcość, na fachowców, których ograniczona świadomość człowieczeństwa wyrządza mu więcej szkód niż sama jest w stanie objąć rozumem. Czasami myślę słowami - "mieczem wojujesz od miecza giniesz" i uwierz mi, chciałabym, aby chociaż czasami w tych słowach narodziło się życie.
Chciałabym zrealizować swój plan.Czy zdołam tego dokonać pokaże czas i moja zaparta, ośla siła.
(kocham osiołki!)