piątek, 4 listopada 2011

Echo Karmazynowych Gór

***jess
   Wybrałam numer telefonu Emili myśląc, że zaskoczoną nie będzie podejmując połączenie, jako że rozmawiamy ze sobą nawet dość często, ale że jestem tutaj i za kilka godzin się zobaczymy, to zapewne ją zaskoczy.
- Halo Jess, jak sie masz? Ciepły, miękki głos łagodnie spływa do moich uszu, wolniutko rozlewa po całym ciele, przenika tętniące fizjologicznym rytmem tkanki, wewnętrzne narządy i zupełnie niepostrzeżenie rozpływa się w zawiłościach organizmu zostawiając jakąś miękkość, to maleńkie coś, od którego człowiekowi robi się raźniej, radośniej i ma poczucie, że nawet wizje pietrzących się nie do pokonania schodów przed chwilą jeszcze rozwiewają się w marny proch.
-Hej, Emili, mam się całkiem dobrze, dziękuję, ale powiedz mi kochana, ile to ja godzin spędzę w busie uwożącym moją osobistość w kierunku twojego domu tą piękną, jesienną drogą?
Balsamiczny głos Emili w słuchawce telefonu zaniemógł, znieruchomiał zapewne dojrzewając w domysły.
- Jess, aż się zatkałam informacją, którą podsunęła mi wyobraźnia i bardzo proszę nie rozwiewaj tej myśli, raczej potwierdź - jesteś w Polsce i zamierzasz mnie odwiedzić?
Ja się chyba uduszę własnym wzruszeniem jeśli to prawda. No wiesz, tak bardzo mnie zaskoczyć czymś dobrym - nie wielu się udaje, a w ostatnich latach tenże obyczaj zupełnie zaginął pośród ludzkich form. Jesteś cudowną odnowicielką wspaniałych wiadomości!
- Tak, Emili. Zmierzam prosto do ciebie i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z tej drogi, choćby ona była nieskończenie długa i nurząca.
- Ach! Tak się cieszę, tak bardzo się cieszę.
Telefon bryka, skacze, promieniuje radością, śmiechem, płynącym potokiem słów, ciepłych, czułych, balsamicznych słów, a moje niewypasione uszy chłoną i chłoną jak wygłodniałe bestie tę ciepłą miękkość w głosie Emili, aż czasami się martwię, czy aby nie ma we mnie jakiegoś szczątka wampira ładującego akumulatory jej energią. Otrząsam się z tej błyskawicznie przemykającej myśli, udaję się do informacji po niezbędną podróżniczą wiedzę i uśmiecham się do wszystkich radością, którą niejeden podróżny obrzuca dziwnie szybkim, spłoszonym spojrzeniem, jakby uśmiech zupełnie nie przystawał do otaczającej rzeczywistości.
   Spędzam z Emili kilka tygodni, bo tak trzeba, aby po załamaniu zdrowotnym powróciła do swojego ducha. Klinika, seria inwazyjnych badań, diagnoza, zabieg operacyjny.Kiedy zabierano Emili na blok operacyjny szepnęłam:
- Nie rozstawaj się ze swoim duchem, bo mnie bedzie smutno bez niego, kiedy będę tak czekać na ciebie posród tych szpitalnych korytarzy.
Uśmiechnęła się leciutko i mizernie, w bursztynowych oczach zabłysł światełka blask, a może wiary łza, nie zdążyłam zobaczyć, bo szybko osłoniła je ręką.
W kilka godzin później, jeszcze w półśnie poprosiła, abym zapisała:

"Odnaleźć wiary kroplę -
trzeba tak,
zasiać Ziarno Nadziei -
trzeba tak,
w bezsensie znaleźć sens -
trzeba tak,
nawet, gdy brakuje słów,
gdy boli czas
skażony Ogniem
Karmazynowych Gór -
trzeba tak.
Pod górę, pod prąd, pod wiatr
postawić krok, zostawić ślad,
gdy ciemnieje cień,
rani przydrożny cierń -
trzeba tak.
Zacisnąć zęby, otworzyć oczy
i kroczyć, wciąż kroczyć
do przodu w życie,
bo trzeba tak
dopóki serce wciąż żywe
i dusza w ciele kołacze.
Trzeba tak,
bo tylko Jedno masz -
Własne Życie,
Jedną Drogę -
bez możliwości wyboru."

Rozmawiamy dużo o życiu i śmierci bez lęków, spłoszonych spojrzeń, drżenia głosu. Nie boi sie odejścia. Poświęciła temu zagadnieniu sporo uwagi, nie ucieka od tematu, który u innych budzi milczące zmieszanie wywołujące bolesne wspomnienie utraty kogoś bliskiego, amputacyjną niezgodę na ten nieodwracalny proces, a który tak naprawdę jest tylko stopniem, ogniwem łańcucha  sił natury koniecznym do jej trwania i wzrostu. Mówi wprost, że śmierć była na pewnym etapie jej życia tematem intrygującym, fascynującym, poświęciła temu wiele godzin rozważań, medytacji, modlitwie i analizie niewidzialnej wagi w umyśle człowieka na szali której, mierzy się decyzja wyboru, sile woli jako źródła, z której one się rodzą. Pisała o śmierci wiersze, chociaż nie była gotowa na ich publikacje, bo uznała, że minione, jak obecne społeczeństwo generalnie nie jest gotowe na ten kolejny i ostateczny życia krok, może tylko nieliczni mają szerszą świadomość nieodwracalności i nie bronią się ucieczką przed nią. Może kiedyś, może ktoś, kiedy jej już tutaj nie będzie sprawi, że ujrzą światło dnia, ale, czy wogóle zasługują aż na tak wiele? Zmieniają się czasy, zmienia się światopogląd człowieka, może to co było przestanie mieć jakąkolwiek wartość? Nie ma to dla niej znaczenia, jest sprawą uboczną, bo na poziomie swojego umysłu zbadała już stopień przystosowania organizmu do umierania tak na płaszczyźnie fizycznej, psychicznej jak i duchowej.
    Poznałam ducha ogrodów życia Emili. Przejrzałam i skopiowałam wiele notatek, wierszy, zapisków. Zanotowałam wiele opowieści i w swojej duszy zasiałam życzenie - nigdy, ale to nigdy nie zapomnę Emili. Do końca moich dni duch jej ścieżek życia będzie również moim towarzyszem.
W podziękowaniu za gościnę i balsamiczny czas zostawiłam Emili konspekt książki pt:
"Echo Karmazynowych Gór". Przyjęła wzruszona, zawstydzona z rumieńcem na policzkach, nieśmiałością w spojrzeniu.
- Ależ, coś ty. Chciałaś pisać o mnie? O moim zwariowanym, zmarnowanym życiu? Nie masz innych tematów? Cóż ja znaczę i moje życie w garstce popiołu?
- Wierzę, że gdyby na twojej drodze życia nie stanęły pewne osoby i nie prowadziły cię swoim śladem, twój ogród wyglądałby zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Gdybyś mogła wybrać spośród ludzkich istot tę dla siebie najbardziej właściwą, do waszych ogrodów mogliby przybywać ludzie potrzebujący pożywienia dla swojego ciała i ducha, życzliwego słowa i otrzymaliby dar miłości, troski, nadziei wzmocniony wiarą, a której pozbawiono 
ciebie samą. I to jest właśnie to, co chciałabym pokazać światu. To jak ciagle brakuje ludziom wolności, jak spychani jesteśmy na inne tory przez powszechną ciągłość manipulacji, przez powszechną, milczącą akceptację zła, społeczne przyzwolenie na ludzką zwierzęcość, na fachowców, których ograniczona świadomość człowieczeństwa wyrządza mu więcej szkód niż sama jest w stanie objąć rozumem. Czasami myślę słowami - "mieczem wojujesz od miecza giniesz" i uwierz mi, chciałabym, aby chociaż czasami w tych słowach narodziło się życie.
Chciałabym zrealizować swój plan.Czy zdołam tego dokonać pokaże czas i moja zaparta, ośla siła.
(kocham osiołki!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Śmiało i szczerze postaw swój ślad.
***jess