***jess.
A jednak okazało się, że są ludzie w potrzebie, a tak właściwie z tych ludzi w potrzebie był człowiek sztuk jeden. Na dokładkę, żeby było bardziej rozmaicie - mężczyzna. Mężczyzna miał na imię Thomas, był od dawna zaprzyjaźniony z Lucy i Nathanem, z którymi spotykał się dość często w celach kulturalno-rozrywkowych głównie. Na którymś spotkaniu bardzo towarzyskim pożalił się swoim przyjaciołom, że czuje się mocno samotnie i chętnie nawiąże kontakt na dłużej z osobą płci odmiennej, a zaufani przyjaciele mogliby mu w realizacji tegoż zamiaru bardzo pomóc. Przyjaciele gorąco współczuli, Nathan przez moment nawet się utożsamił z tą doskwierającą męską samotnością, wstrząsnął od przebiegających po plecach dreszczy i z ogromną pewnością głosu zapewnił Thomasa, że za nic w świecie nie pozwoli na to aby ten zmarniał w tej obrzydliwie bolesnej samotni. Jak nic, trzeba cóśśś... z tym zrobić. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, umysł pod wpływem nagłego impulsu rozjaśniał nieziemskim światełkiem, zamglenie alkoholowe ustąpiło miejsca blaskom pracujących na najwyższych obrotach myślom i doznał olśnienia tak silnego, że aż się zachwiał pod ważkością odkrycia w ociężałym bądź co bądź od procentów mózgu, zakropił olśnienie schłodzoną wódką i oznajmił:
- Emili. Tylko ona. Od lat jest sama, samowystarczalna, ustabilizowana materialnie, czysta i pracowita.
- Genialne! Aż usiadł pod wpływem silnie jarzącej się myśli i wzruszającej radości powodowanej chęcią udzielenia pomocy przyjacielowi.
Wśród bliższych znajomych, jak również w spokrewnionych rodzinach krążyła powszechna opinia, że Natham wprawdzie jest tylko małym, zwyczajnie prostym człowiekiem, ale srece w sobi nosi ogromne. Opinia powstała na skutek gwałtownie okazanej miłości jego matce, kiedy pewnego razu smakując z kolegą sąsiadem różne smaki nektaru bogów, co by na wszelki wypadek mieć rozeznanie, który lepszy, który trochę mniej, a ściślej mówiąc straciwszy poczucie czasu podczas sąsiedzkiego spotkania przy piwie i wróciwszy do domu o mocno spóźnionej godzinie otrzymał od żony Lucy komunikat, że jest synem do wyklęcia tylko, bo dnia właśnie owego jego rodzona matka obchodziła imieniny. Nathan mocno wstrząśnięty informacją, bez słowa wyszedł trzasnąwszy drzwiami i możliwie szybkim krokiem udał się na piętro kamienicy, na którym że to mieszkali jego rodzice po drodze zgarniając z klatkowego okna jakąś doniczkową roślinność. Zapukał raz, zapukał drugi, za drzwiami brzmiała tylko senna cisza, zapukał trzeci i nagłym ruchem wymierzył cios zamkniętym drzwiom zwiniętą w pięść dłonią. Cios był tak silny, że dłoń przeleciała swobodnie na drugą stronę. Nieco zdziwiony męskiej możliwości siłą, włożył przez wybitą dziurę roślinkę i gromkim głosem zawołał:
- Mamo. Życzę ci wszystkiego najlepszego w dniu twoich imienin. Wiedz, że Nathan może czasem coś spsoci, ale zawsze ma wielkie serce.
Emili wstrząśnięta nie była. Raczej zaskoczona. Nie brała takiej możliwości pod swoją uwagę. Żyła sama, to prawda, ale było jej z tym całkiem dobrze, czasem nawet myślała, że staje się co raz bardziej egoistyczna z tego powodu, że właściwie wszystko kręciło się wokół własnej osoby. Miała wielką dowolność wyborów własnych zachowań, planów i działań. Nic, ani nikt nie poganiał, niczego nie chciał, niczego nie musiała, nie pędziła na określony czas z garnkami na obiad, do szkoły na kolejne, nudne zebranie. Poukładała swoje obowiązki w uporządkowany harmonogram, czasem polegiwała w łóżku czytając zaległą i niezaległą lekturę, czasem wstawała o świcie i jechała na spacer do lasu, wszystko miało swój wymiar, czas i smak. Odstępstwo stanowiły odwiedziny dzieci. Pewnie, że czasami miała dość bycia tylko ze sobą, ale zawsze mogła się z kimś umówić nawet na kilkugodzinne spotkanie. Żeby tak nagle miał się zmienić jej świat? Poznawać kogoś tak od podszewki na co dzień w różnych sytuacjach, jego zachowań, uczyć się przystosowania do innych upodobań, wyobrażeń, schematów? Przecież to całkowita rewolucja.
Umówiona impreza miała charakter poznawczy. Lucy i Nathan mieli ją zapoznać z Thomasem, co też rzecz jasna nastąpiło na wieczornej imprezie w ich domu.
Stopień zaskoczenia zelżał nieco, bo ona już miała okazję poznać Thomasa na niwie zawodowej wprawdzie, ale podczas trwającego zaledwie może kilkanaście minut kontaktu z nim, dowiedziała się więcej niż wymagała tego sytuacja i ona chciała. Klientów zawsze traktowała grzecznie, prowadziła czasami niezobąwiązujące rozmowy podczas wykonywania zawodowych czynności, ot tak sobie, żeby było przyjemniej. Czasami ktoś się ukłonił na ulicy, odkłaniała się nie zastanawiając się nawet skąd się znają. Praca zawdowowa niesie ogromne rzeki ludzi, które po prostu przepływają tuż obok i płyną swoim nurtem dalej.
Wydał jej się jednym z wielu w gatunku męskim, którzy nigdy nie dojrzewają, są jak zielone, kwaśne jabłka, wiecznie utyskujący na żony, kochanki, dzieci, rodziców, kolegów, koleżanki, na cały świat, tylko nie patrzących na siebie, na to kim są dla tych wszystkich innych" fe"w ich życiu, co sobą w nie wnoszą, co dają, a co biorą. A tacy wydawało się jej, że brać mogą wiele więcej, niż jest im dane, wiecznie niezadowoleni, pretensjonalni, żeby nie powiedzieć zadufani we własnej niedojrzałości. Ot takie sobie wolne myśli, a może jej zdystansowane widzenie, którego źródłem była właśnie egoistyczna samotnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Śmiało i szczerze postaw swój ślad.
***jess