wtorek, 28 czerwca 2011

w zielonej ciszy starego parku poznałam Emili

***jess
W zielonej ciszy starego parku późnym, skłaniającym się ku wieczorowi popołudniem poznałam Emili.
Wczorajszego wieczoru, po dość długim pobycie w Polsce wróciłam do siebie, do domu, w którym mieszkam od kilkunastu lat na zielonej wyspie.
Kiedyś przed laty, kiedy odeszli na zawsze rodzice i nie zostało nic, co mogło mnie scementować z krajem, w którym panował strach, żebranina o jakąś egzystencję ( nie mówiąc o godności), wszechwładna prowizorka - byle na dzisiaj, bałagan i chaos w urzędach, niepewna interpretacja wagonowych przepisów, walka ludzi o stołki na cokolikach władzy, mało pewnych, wręcz jako ludzi budzących nawet niechęć, postanowiłam, że niech się dzieje co chce, ale porzucam ten dziwny kraj, gdzie człowiek pracy jest niczym, nie znaczącym elementem wielkiej machiny, jakiejś przedziwnej kombinacji terroru, pogwałcania ludzkich praw, feudalnego wyzysku i sztandarów utopii.
Osiadłam w Anglii na zielonym kawałku ziemi, trochę podupadłej farmie, na której hodowało się trochę owiec i trochę bydła.
Wiedziałam, że nie znam się na tym, ale założyłam, że jak się chce, to się można nauczyć. Nawiązałam kontakty z pobliskimi sąsiadami i spotkałam się z ich życzliwością, zainteresowaniem i chęcią służenia pomocą. Przyjmowałam wszystko niemal zachwycona stosunkiem człowieka do człowieka, wszak dla trzydziestoparoletniej kobiety wychowanej w innej kulturze, było to coś nowego, wspaniałego, to coś sprawiało, że w moim jestestwie rodziło się nowe dziecię, nowa świadomość, zmieniała się moja mentalność.
Po roku, a może dłużej trochę, stwierdziłam, że prowadzone dotąd hodowle nie przynoszą oczekiwanych zysków i postanowiłam zmienić specjalizację na rolną uprawę ziemi.
Bardzo pomogli mi w drażaniu tego projektu w życie właśnie sąsiedzi. Niesamowici ludzie. Bywało, że będąc w okolicy swoich pastwisk przychodzili z zapytaniem, czy trzeba mi w czymś pomóc, może coś dostarczyć, przewieźć, zakupić, zaorać kawał pola. Ot tak sobie, bez żadnej interesowności. I pomagali, nie oczekując niczego w zamian. Trudno wprost uwierzyć - też nie mogłam.. Powoli, powoli coś się zaczynało dziać i szło w dobrym kierunku. Kurczyły się jednak niemożliwe środki utrzymania. Zaczęłam się rozglądać za jakimś pewniejszym dochodem, a nede wszystko bieżącym. Barierę stanowił język opanowany w stopniu zaledwie dostatecznym i chorobliwy brak auta ( w Anglii to środek pierwszej potrzeby). Nie mogłam swobodnie się poruszać, a do najbliższych miasteczek prowadziły długie kilometry dróg i autostrad. Wypad do miasta zajmował niemal cały dzień i ciążyły wielkie zakupy na kilka dni co najmniej. Też pomogli ludzie. Bardzo dojrzały wiekiem Henry sprzedał mi starego jeepa, na początek nie prosząc o zapłatę - "Oddasz jak bedziesz miała" i po drobnych zabiegach mechanicznych oraz pielęgnacyjnych, mogłam dojeżdżać. W prawdzie nie było w nim szyb, ale przez to miałam poszerzone horyzonty spojrzenia na daleki świat w cieplejszych porach roku. Na zimę konieczny był szerszy zasięg prac i środków, aby auto służyć mogło.
Zasiane pszenicą pola oczekiwały na pierwsze plony, a ja intensywniej poszukiwałam pracy. W kilka miesięcy dopiero niestety udało mi się zahaczyć w czytlni - bibliotece na czas bardzo ściśle określony, bo tylko na zastępstwo kobiety spodziewającej się dziecka. Akt narodzin nastąpił, trochę z duszą na ramieniu przystąpiłam do nowych zadań. Nie było tego wiele, jakoś sprostałam zadaniu i zostałam do dzisiaj. Moja poprzedniczka zajęła się domem i wychowywaniem pierworodnego.
   Trochę się zapuściłam za daleko w tej opowieści, wszak ma to być opowieść Emili.
Wróciłam z Polski i następnego dnia koniecznie musiałam obejść kilka hektarów ziemi, rzucić na nie gospodarskie spojrzenie. Po lunchu poszłam na długi spacer.
Jest to czas, w którym moja droga życia przecięła się z drogą Emili.
Czy to był czysty zbieg okoliczności, przypadek, zrządzenie losu?
Nie planowałam trasy, nie zamierzałam kogoś poznawać, nie planowałam spotkania.
Nie pomyślałam, że wśród tego bogactwa zieleni, nurzającego się w ciepłym, lśniącym lustrze stawu spotkam tak bogata duszę, która zatopiona w zielonej ciszy, w promieniach schodzącego z nieba słońca na angielskiej ziemi sprawi, że przestwór rozbłyśnie świetlistą zorzą przyjaźni i zaowocuje wielokrotnymi spotkaniami tu na tym małym kawałku ziemi, zanurzonej zielonymi stopami w wodzie stawu, nad którym rozpuszcza swoje letnie włosy
przybrzeżna roślinność, a jej mieszkańcy gaszą pragnienie
TAGI: k pierwsze potrzeby w Anglii

góry przeszłości

***jess
   Każdy z nas ma swoją historię, swoją przeszłość, która jak wielka góra stoi za nami wszędzie tam, gdzie my jesteśmy i patrzy na nasze plecy. Można by powiedzieć, że to jedyny najwierniejszy przyjaciel człowieka od początków jego istnienia po kres.
   W jej ogromnym wnętrzu mieszczą się niezliczone labirynty, komnaty, zakamarki, schody w górę i pełne mrocznych cieni w dół. Ze ścian zwisają liczne pajęczyny kurzu, ciemności rozświetlają cieniutkie niteczki światła. W licznych komnatach mieszkają nasze cienie, płaczą nasze bóle, cierpienia, z których, tworzą się strumienie słonych łez płynące raz dzwoniącym, rozśpiewanym strumyczkiem, innym razem wzburzonym, żywiołem rwącym na przełaj, niszczącym wszystko co na jego drodze. Strachy i leki drżą przyklejone kurczowo do ścian góry, nad nimi przemyka wiatr krzyku oświetlając sobie drogę piekącym płomieniem destrukcji.
W komnatach drzemią nasze wspomnienia. Niektóre jaśnieją w ciemnościach czystym światełkiem radości, miłości, wzruszenia. Prowadzą do nich ścieżki wysłane kobiercami naszych dobrych intencji, dobrych życzeń, uplecionych z jasniejących promieni słońc. Stoją tutaj wielkie i małe trony, na nich spoczywają korony naszych dzieł, misterną pracą rąk zdobione. Nasze pomniki dokonań, osiągnięć w ziemskiej wędrówce. Ze ścian zwieszają się jak olbrzymie, drzemiące pająki portrety ludzi, którzy przecięli naszą ścieżkę życia. Jedni szli z nami razem krócej, lub dłużej, innych zatrzymała na chwilę spirala losu. Wszystkie połączone z górą plątaniną srebrzacych się niteczek ludzkiej energii.
Góra przeszłości martwą nie jest, zyje swoją energią, złożonych w niej emocji, uczuć, obrazów zdarzeń, postaci. I długo żyć jeszcze będzie, kiedy my odejdziemy bezpowrotnie żywiąc się okruchami wspomnień pozostałych w sercach ludzi, naszych bliższych i dalszych znajomych, rodziny.
Plączą się w niej ścieżki, zarastają różnymi krzakociami trudnych spraw, niektóre giną zasypane kurzem czasu, ale istnieją. Mało tego, czasami odradzają się i ujawniają swoją obecność na kruchej krawędzi jawy i snu. Sączą się w sen, przenikają najmniejszą szczelinką w uśpioną świadomość jak fala powrotu odbita od dna podświadomości.
Bywa, że długo zwlekają z zamiarem ujawnienia sie w nagiej, nie skażonej prawdzie nim człowiek bedzie gotów na jej przyjęcie. Zbyt dobrze znają swojego właściciela, aby nagiąć jego czas. Jak nic i nikt bardziej na świecie wiedzą, kiedy mogą otworzyć swoje pieczęcie przed świadomym, ludzkim umysłem.
 Bywa, że góra przygotowuje cłowieka do dalszej drogi, być może jakiegoś pokręconego wirażu, w którym mógłby się zgubić. Wtedy jej potęga pojawia się w sennych marzeniach jako sen ostrzegawczy. i kiedy zbliżają się zmiany, odłożone wspomnienie snu w pamięci góry pozwala na ułożenie puzli w całość.
Już wiemy, że napływają nowe zdarzenia, że nasza droga zmienia kierunek, pojawiają się nowi ludzie, chociaż i tak często nazywamy to przypadkiem.
Bywa jednak, że jesteśmy w tych zmianach zagubieni jak małe dzieci, którym zabrakło prowadzacej reki. Z pomocą przychodzi podświadomość i w snach odkrywa prawdziwe karty, ujawnia rzeczywiste obrazy, obalając nasze mity utworzone z wiarą w to w co chcieliśmy wierzyć. Nie zawsze są łatwe do przyjęcia, akceptacji, bo człowiek to taka dziwna istota, która wszystko ubarwia pozytywnym kolorem, ciepłą myślą i żywi nadzieję, że ów mit wiary jest jedynym dla niego dobrem.
Niekoniecznie, bo kiedy budzimy się z takiego snu, cieszymy się, że to był tylko sen, że obudziliśmy się ze strasznego koszmaru, a sen pójdzie w zapomniane. Złożymy go w niedostępne obszary naszej góry.Tam poczeka, aż dojrzejemy i zrozumiemy, jak złudną jest nadzieja.

Senne marzenia Emili

***jess
Marzenia. Chyba wszyscy je mamy. Mniejsze, większe, kolorowe i te zwyczajne, realne, szarego codziennego dnia.
Ale istnieje w nazwie jeszcze jeden rodzaj marzeń -
Marzenia senne.
Czy aby zawsze ta nazwa jest właściwą?

(...)" Śni mi sie matka Thomasa. Jest w bardzo zaawansowanej ciąży. Lada moment nastąpi rozwiązanie. Jest ociężała, z trudnością się porusza, twarz, ręce, nogi w obrzękach, na twarzy zmęczenie i pozorny spokój. Przyglądam się jej oczom. Spokój jest maską, w oczach czai strach, wypełniony dynamicznym ruchem gałek, ukradkowych spojrzeń rzucanych na sterczący brzuch. Jest w nich coś jeszcze, co mnie przeraża. Ona nie chce tego dziecka, jakby się nim za wczasu brzydziła. Niechęć w niej jest tak mocno wezbrana, że stara się ukryć z całych swoich sił w wirującym bez ustanku wzroku.
Nie, ona nie czeka na to dziecko z miłością i oddaniem. czemu? Zastanawiam się. Czemu ona tak bardzo go nie chce, a mimo to rodzi nowe życie. Czemu jest w niej tyle negatywnej postawy?
Zaczyna się poród. Przebiega prawidłowo, klasycznie. nasilają się skórcze, kobieta oddycha z większym trudem, twarz wykrzywia się w grymasach bólu i wysiłku. Powoli ukazuje się główka dziecka i w tym momencie kobieta wstrząsa się, wzdryga się jak przed czymś obrzydliwym i zaniechuje wszelkich czynności. Akcja porodowa ustaje, dziecko z urodzoną główką może się udusić. Ona nieruchomieje, jakby ważyła w sobie w tym decydującym momencie, czy dać zycie nowemu, czy je go pozbawić.
Patrzę i widzę, jak bardzo jest krucha granica między życiem a śmiercią, że tak bardzo wiele zależy od woli rodzącej. Jest to straszny moment, nie można nic zrobić, jedynie być świadkiem dokonującej się w kobiecie transformacji, burzy decyzji, wahania. Tak bardzo niewiele trzeba, tylko jeden malutki akt woli, aby zamkniętą duszę w niemowlęcym ciałku skazać na wieczną ciemność lub otworzyć bramę do światła i życia.
 Z wykrzywioną w determinacji twarzą, krzykiem wydobytym z głębin gardła i krtani kobieta poddaje sie ostatniemu skurczowi macicy i rodzi nowe życie. Dookoła zalega jakś nieswoista cisza, usta kobiety zamierają, krzyk się urywa. Dzień szarzeje, upiorna cisza potęguje się z cała swoją mocą. Nie brzmi w niej najdrobniejszy szelest, szept, szmer oddechu.Noworodek leży jakby martwy, nie porusza się, jego matka również. Obraz jest martwy, wszelki najmniejszy ruch znikł . Dziecko przyszło na świat w Tajemnicy Ciszy. Mam wrażenie jakby cały wszechświat powstrzymał wszelki ruch. Chwila narodzin jest chwilą złowieszczą.
Nowonarodzona istota w małym stopniu przypomina ludzkiego noworodka. Ciało pokryte ciemnobrązową skórą błyszczy od wód płodowych, jest mokre i oślizgłe. Kończyny zakończone długimi, brązowymi, wygietymi paznokciami do złudzenia przypominają szpony drapieżników. Na krótkim, klockowatym tułowiu osadzona wielkich rozmiarów głowa z mocno wysunietą do przodu dolną szczęką, coś co w żaden sposób nie jest podobne do głowy człowieka czy jakiegokolwiek znanego zwierzęcia.
Noworodek jest straszny, a wizerunek straszydła potęguje wszeobecna cisza i jego wielkie czarne, głębokie oczy szeroko otwarte, z których wyziera na ten świat jakaś złowieszcza potęga instynktu, siła nieświadomości. I nagle cisza rozbrzmierza dźwiękiem zgrzytających w buzi noworodka zębów. Dziecię jest żywe. Jest męskiej płci." (...)

  Sny Emili są niesamowite, straszne, koszmarne, ale również intrygujące. Mówi, że kiedyś nie rozumiała ich i bardzo sie bała. Dziś też potrafią wybudzic ją nagle koszmarnym widziadłem, po których już nie może zasnąć ponownie.
   Co jakiś czas bedę starała się je tutaj opisać na podstawie jej zapisanych opowieści.
Podświadomość Emili daje jej wyraźne sygnały, czym, lub jak ktoś woli kim jest człowiek, któremu zaufała swoim życiem, któremu oddała jego znaczną część.Sen ją ostrzegał, ale to był taki czas, że Emili nie chciała przyjąć do swojej świadomości tego, ze jej wieloletni partner życiowy jest niestety mutacją genetyczną, jak pisała daleko później w swoich wierszach. Chciała wierzyć, że może nauka  bada ludzkie geny, wyciąga wnioski, obserwuje, ale przecież to wszystko odbywało sie w jakichś laboratoriach, gdzies daleko, ale żeby tak od razu w życiu? Nie, w to uwierzyć nie była w stanie.

krzyk musi być niemy

***jess
Kto to wie?
Czy ja?
Czy wiesz ty?
Tak.
Wiesz ty.
Wszystko to kpina
śmiecie i my
"Wszystko da się kupić?"
"To tylko kwestia ceny?"
Krzyk
Krzyk
Krzyk musi być niemy
Modlitwy szept
Duszy strzęp -
Czas miniony
Ptaka cień
Ślad zgubiony -
Mija się z życiem
                                /Emili/


Nie, nie zgadzam się. każde wołanie powinno być głośne i słyszalne dla wielu słuchających uszu. Każde wołanie, tym bardziej krzyk jest erupcją wezbranego wulkanu. W przypadku człowieka to zazwyczaj wołanie o pomoc.
Emili pisze:
-"Krzyk, krzyk musi byc niemy"
Czyż nie jest bardziej słyszalny? Tak może wyrazić siebie tylko człowiek sponiewierany, zastraszony, może nawet zaszczuty, uwięziony, wyizolowany z jakiejś określonej społecznej grupy.
Co lub kto powoduje tak śmiertelną obawę przed uzewnętrznieniem traumatycznych doświadczeń?
Doswiadczeń zgotowanych nie przez jakiś los, przeznaczenie, jak czasami lubimy zastępować takimi zwrotami słowa określające przemoc, gwałt, hańbę, a nawet plotki, często tworzone po to, aby człowieka sponiewierać. Produkt czysto abstrakcyjny, którego w żaden sposób skonfrontować się nie da, bo z kim? Z czym?
To człowiek człowiekowi potrafi z życia urządzic piekło.
Człowiek przebiegły, podszyty tchórzostwem, instynktowną dbałością o swoje, zorientowany całkowicie na swoje potrzeby, wykorzystujący do maximum otoczenie na swoje sprawy, często inteligentny o wewnetrznym, silnym przekonaniu o słuszności własnych wyborów. Człowiek pozbawiony wszelkich wyższych wartości - psychopata.
   Postaram się opisać opowieść Emili, moim zdaniem wstrząsjącą i dlatego autentyczną.
Niech bedzie pewnego rodzaju uwagą, aby bliżej poznawać naturę ludzką i samego człowieka.
Czy zby napewno człowiek jest takim człowiekiem jakim go widzimy przez pryzmat swojego nastawienia do ludzkości, czy takim jakim on jest w istocie.
Pisała w jednym ze swoich wierszy, kiedy odkryła na jednym z profili internetowych miłego, towarzyskiego, kochająceo świat, ludzi i zwierzęta człowieka - swojego oprawcę. On to umieścił wpis Stanisława Leca:
                                                                     " bądźmy ludźmi dopóki nauka nie odkryje,
                                                                        że jesteśmy czym innym"
" Nauka już zna odpowiedź -
  jesteśmy mutacją genów
  rodzących zwyrodniałe karły,
  żywym biologicznie organizmem
  na duchowej pustyni,
  zawieszonych w duchowym czyśćcu,
  w którym z potęgą siły
  szukamy ludzkiej duszy
  między światem umarłych i żywych"
                                                   /Emili/

Po drodze

 Miałam już zasiąśc prawie uroczyście do twórczej działalności na czyściutkim jeszcze blogu, koncepcję też jakąś w głowie miałam, ale po drodze mi było...
Właśnie - po drodze...
Sięgnęłam ręką po książkę, otworzyłam, przeczytałam fragment i sie zamysliłam, jak dziwne jest życie, jak krętymi nieraz chodzi drogami, a człowiek zwłaszcza ubarwia je tonami myśli.
Oto fragment:

(...) "Czy to możliwe, że moim jedynym domem jest ludzka kultura i jej system wartości? Albo ta ziemia moja matka jest potworem, albo ja jestem dziwolągiem.
- Nie!
Jesteśmy moralnymi istotami żyjącymi w amoralnym świecie. Więc zróbmy sobie wszyscy lobotomię, aby powrócić do stanu naturalnego. Możemy zatem opuścić biblioteki, po lobotomii wrócić nad strumień i żyć nad jego brzegiem równie beztrosko jak piżmoszczur albo trzcina."(...) /Annie Dillard.

Książkę otrzymałam w geście przyjaźni od Emili. To o niej chcę tutaj napisać. To niezwykle barwna postać, z przebogato wyposażoną w barwy życia duszą.
Emili jest drobną kobietą o oliwkowej skórze, ładnej twarzy, na której często gości przełamujący wszelkie bariery uśmiech. Ma piękne bursztynowe oczy, w których miodowy bursztyn skupiony dookoła czarnej soczewki, obejmuje regularny pas ciemno-zielonego morza o zmierzchu, wyraźnie odcinającego się od białej części oprawionych w gęste ciemne, brązowe rzęsy oczu. Oczy Emili są niesamowite, magnetyczne i wyrażają niemal wszystko, co kryje się w głębinach jej duszy. Kiedy snuje swoją opowieść wydobytą ze wspomnień, oczy nie opuszczają ani jednej emocji, wywołanej falą powrotu do przeszłości. Odżywają, tętnią melodią, malują obrazy, błyszczą blaskiem usmiechu, drżą wzruszone, pokrywają się smutkiem i zasłaniają łzami.
   Pochodzi z rodziny, której korzenie sięgają dalekich wschodnich regionów Europy, mieszka na stałe i żyje w Polsce, rodzice dawno odeszli, a pozostała trójka rodzeństwa rozprzestrzeniła się po kraju, choć bywa, że przynajmniej raz do roku spotykają się ze sobą i swoim licznym potomstwem, aby odkurzyć historie rodzinne.

MODLITWA - OKUDŻAWA BUŁAT SZAŁWOWICZ

Dopóki nam ziemia kręci się, dopóki jest tak czy siak
Panie ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak.
Mędrca obdarzyć głową racz, tchórzowi dać konia chciej,
Sypnij grosza szczęściarzom ... i mnie w opiece swej miej.

Dopóki ziemia obraca się, o Panie nasz - na twój znak
Tym, którzy pragną władzy, niech władza ta pójdzie w smak.
Daj szczodrobliwym odetchnąć, niech raz zapłacą mniej
Daj Kainowi skruchę ... i mnie w opiece swej miej.

Ja wiem, że ty wszystko możesz, ja wierzę w twą moc i gest
Jak wierzy zabity żołnierz, że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą, twój ledwo słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie, nie wiedząc, co niesie los.

Panie zielonooki, mój Boże Jedyny spraw -
Dopóki nam ziemia toczy się zdumiona obrotem spraw
Dopóki nam czasu i prochu wciąż jeszcze wystarcza jej
Daj każdemu po trochu ... i mnie w opiece swej miej.