***jess
Nowo zawarta znajomość nie zakwitła bujnością kwiecia. Nie była gotowa na związki, to po pierwsze, po drugie facet nie wydawał się również dojrzałym do kolejnego związku, zwłaszcza, że był świeżaczkiem po kilkumiesięcznym zaledwie rozwodzie z rodziną z dwójką dzieci w dorobku. Uważała, że powinien jeszcze jakiś czas odczekać, ułożyć się ze sobą, pozwolić, aby wszelkie emocjonalne rany odniesione w małżeństwie zabliźniły się, żeby odpuścił sobie swoje i innych winy, a nie wciąż się karmił energią ostatnich negatywnych zachowań w relacji. Nie, nie miał jeszcze poukładanych spraw w sobie, każdy nawet niechcąco poruszony temat małżeństwa wywoływał w nim długie opowieści jak to było z nim i z nią, na słuchanie czego ani Emili, ani znajomi ochoty nie mieli, co wogóle faceta nie zrażało, albo nie był w stanie tego zauważyć. Zapamiętały w zozdrapywaniu starych ran przenosił tę energię na plan dzisiejszy.
Pewnie musi się wygadać do tego stopnia, że zabraknie w nim barwy dla słów, pomyślała sobie i po wieczorku zapoznawczym wróciła do swojego świata, zajęć, życia specjalnie nie troszcząc się o nową znajomość. Znajomość wprost przeciwnie. Podtrzymywała kontakt wprawdzie nie osobiście, a telefonicznie, ale za wygraną nie dawała. Emili zaczynała odczuwać pewien rodzaj ograniczenia, nacisku kiedy w kolejnej rozmowie telefonicznej usłyszała, że on dzwoni już po raz trzeci, a jej nie ma w domu i nie podejmuje rozmowy. Nie lubiła takiej presji. Była wolnym człowiekiem, z oddaniem i pieczołowitością wykonywała przyjęte na siebie zobowiązania, chciała dowolnie dysponować wolnym czasem i dowolnie się nim cieszyć, a niekoniecznie zabawnym było znosić narzucające się okoliczności.
Thomas widząc kulejąco idącą znajomość wraz z wspierającymi go przyjaciółmi ułożył nowy plan. Miał to być wspólnie spędzony urlop wyjazdowy i turystyczny, taki krótki, kilkudniowy. Lucy z Nathanem i dzieciakami w liczbie dwa oraz Thomas ze swoją córką jako spadkiem z rozwiedzionego małżeństwa i oczywiście Emili jako osoba towarzysząca. Komu i czemu miała być towarzyszką nikt nie umiał objaśnić. W roli mediatora wystąpiła tym razem Lucy umawiając się z Emili na baskie plotuchy-pogaduchy. Emili wtajemniczona w plany nie była, więc chętnie przystała na babskie spotkanie, na którym doszło do inicjacyjnego wprowadzenia w tajemnicę kręgu:
-Pojedziemy dwoma autami, ja z Nathanem i dzieciakami, ty z Thomasem i Ruby drugim. Wypadnie nam jeden nocleg, który już zarezerwowałam w niedrogim motelu, a po drodze będziemy zwiedzać. Jakieś jedzenie zabierzemy ze sobą i będzie można zrobić cudowny piknik na łonie przyrody. Pogoda jest jak marzenie, urlop się przyda wszystkim, więc zorganizuj się.
- Wiesz Lucy, to przemiła propozycja i bardzo chętnie skorzystałabym z niej, gdybym coś niecoś wiedziała wcześniej. Jeśli to nawet wycieczka dwu, czy trzydniowa to jednak zorganizować tak nagle kilka dni urlopu nie jest łatwo i wcale nie mam pewności, że mi się to uda, a po drugie to wymaga również większego zasobu portfela, o który jak dotąd nie troszczyłam się nadmiernie nie przewidując takiej eskapady, a te zasoby, które posiadam, mają zgoła inne przeznaczenie. Dziękuję wam kochana, że pomyśleliście o mnie, ale z przykrością odmawiam.
- No coś ty, nie bierz sobie do serca. Wszystko jest ustalone, policzone i nikt od ciebie nie wymaga, wystarczy, że pojedziesz.
- Dzięki raz jeszcze, zastanowię się.
Zastanowię się znaczyło to samo co nie. Zazwyczaj mówiła tak, żeby nie przedłużać marnej licytacji, jakakolwiek by to była - tak nazywała rozmowy-przetargi, w których nie widziała racji bytu, które nie służyły niczemu, z których nic nie wynikało poza jednokierunkowym uporem jednej ze stron i nie lubiła takich rozmów, gdzie partner ignorował zdanie drugiego.
Wieczorem zadzwonił Thomas z proszącym pytaniem czy mógłby na mały moment wpaść.
Wcale się nie zdziwiła i uzgodniła godzinę.
Od dziecka, do kiedy potrafi sięgnąć pamięcią miała w sobie dziwną przypadłość, rodzaj przeczucia spraw nieuniknionych, jakby były najbardziej oczywistymi sprawami pod słońcem. Sprawiała swoim rodzicom tym swoistym przeczuciem nie mały kłopot, problem, którego nie umieli zrozumieć, ona tym bardziej. Jakże często się ich bała, jak bardzo potrzebowała opieki, pomocy, której nikt nie był w stanie jej zapewnić, nie rozumiejąc co się w dziecku dzieje. Wzrastała z tym w samotności skrywaną tajemnicę. Ukryła się w sobie, bo kiedy próbowała rozmawiać o swoich przeczuciach, widzianych zdarzeniach, obrazach z matką, ta najczęściej śmiała się kładąc te wszystkie opowieści na karb dziecięcej fantazji, co nie zawsze fantazją było i powodowało milczące matki zdziwienie.Nie rozumiała, skąd małe dzieco wiedzieć mogło jak ubrana jest zmarła babka ojca, nie widząc jej. Dziecko widziało najdrobniejszy szczegół, wiedziało wcześniej niż inni, że umrze, tak bardzo się bało, ale nikt tego wyjaśnić nie umiał i nie zaprzątał sobie tym głowy. Tak już zostało.
Teraz wiedziała też, że przyjdzie jej się zmierzyć z czymś bardzo niezwykłym, z czymś co wystawi na próbę jej siły i to było powodem, dla którego spowolniała wahając się w wyborze - zmierzyć się, czy nie, czy wystarczająco dość ma w sobie wiary, że nie ulegnie czemuś, co wzbudza wewnętrzny lęk, niepokoi, sprawia, że pojawia się wewnętrzny chłód, od którego powiewu drży jej dusza.
Napór sił zewnętrznych był tak silny, że się poddała i uległa urokowi wycieczkowych dni.
W przed dzień wyjazdu umówiony telefonicznie Thomas przyjechał, aby przetransportować do Lucy i Nathana jej zgromadzony prowiant, zapakowane kocyki i poduszeczki-jasieczki, osobiste rzeczy. Został chwilę dłużej. Zaparzyła herbatę, gawędzili przy kuchennym stole, on podekscytowany, ona dziwnie spokojna. Uprawiała jogę, medytowała, interesowała się astronomia i astrologią, zdrowymi sposobami żywienia, stosowała czasowo dietę wegetariańską o czym Thomas zielonego pojęcia nie miał, więc teraz był zaciekawiony i był temat do rozmowy innej niż dotąd. Sięgnęła po Tarota, któremu poświęcała sporo analitycznej uwagi, chcąc się przekonać o przypisywanych mu właściwościach. Wyjęte karty wskzały, że wycieczka nie powiedzie się za przyczyną pewnej kobiety, a analizując dalej miałaby ona być spod znaków trygramu wody czyli raka, skorpiona czy ryb. Thomas umilkł zaniepokojony, coś tam bąknął, że jedyną kobietą jemu znaną jest jego była żonaspod znaku ryb, ale ona mieszka w drugim końcu Polski i chyba to nie ma najmniejszego związku.
Emili się zgodziła, bo karty to tylko karty, przecież może się mylić w interpretacji, pożegnali się, aby nazajutrz spotkać o określonej porze i ruszyć w drogę pełną słońca, nowych miejsc, nowych perspektyw.
Zbliżała się określona godzina o której miał pojawić się Thomas, aby zabrać Emili, udać się do Lucy i Nathana i razem wyruszyć w drogę.
Noc miała trudną, niespokojny sen, kilkakrotnie budziła się i nawet wkurzała na siebie, na poddenerwowanie, które nie sprzyja wypoczynkowi, a który raczej by się przydał przed czekającymi dziesiątkami kilometrów. Umówiona godzina mijała, wzrastał wewnętrzny niepokój, wzrastało napięcie. Spóźnienie sięgnęło godziny. Zaczęła się zastanawiać, co mogło się stać. Chcąc siebie uspokoić uznała, że mogło dojść do jakiejś usterki w którymś z samochodów i którą panowie starają się naprawić. Ale Thomas mógłby zadzwonić przynajmniej, sytuacja tego wymagała. W tym samym momencie zadzwonił telefon. Napięcie wzrosło, odebrała:
- Cześć. Thomas z tej strony. Przepraszam, że się spóźniam, ale zaszły nieprzewidziane okoliczności, potem wytłumaczę. Poczekaj jeszcze godzinę, przyjadę.
- No cześć, to może ja sama dojadę do Lucy i Nathana, nie będziesz musiał krążyć po róznych końcach miasta? Zaproponowała.
- Nie, nie, oni już wiedzą, dzwoniłem, wszystko jest w porządku, tylko będzie małe spóźnienie. Czekaj na mnie, Narazie.
- Narazie. Odłożyła słuchawkę. Napięcie opadło, wewnętrzny niepokój nie. Coś się działo, wyłapała emocjonalne napięcie Thomasa, nie było to miłe. Tak było od zawsze, kiedy znajdowała się w pobliżu osób silnie zdenerwowanych, jej się udzielał ich stan, czasem tak silną emanowali energię, że odczuwała fizyczny ból w okolicy splotu słonecznego, inaczej mówiąc w okolicy żołądka. Najgorzej było, kiedy spotykała ludzi naładowanych negatywną siłą, złoszczących się lub tych, którzy słali bardzo złe życzenia w kierunku innych ludzi. Nie mogła tego znieść, dusiły ją te siły, dławiły, miała wrażenie, że opada z niej skóra, bolało wszystko. Nie było tego mało, raczej przeciwnie. Ludzie emitowali w przestrzeń bardzo wiele takich emocji zręcznie ukrywając pod kolejną założoną na twarz maską. Jeśli było to możliwe uciekała do domu lub działkę w ciszę i spokój, tam schodziły z niej napięcia innych. Nie było łatwo żyć j z taką siebie właściwością.
Przyjechał jeszcze wzburzony, roztrzęsiony, zabolało w żołądku.
- Co się stało?
- Nie uwierzysz co się stało. Wiesz, te twoje karty to czysta prawda. Wczoraj, jak wróciłem od ciebie to w domu czekała na mnie niespodzianka. Przyjechała moja była żona z dzieckiem. To jeszcze niemowlę, że chciało jej się jechać taki szmat drogi. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę.
- Prawda, karty, ale to przecież tylko karty. Emili zupełnie o nich zapomniała.
- W obecnej sytuacji nie ma mowy o jakiejś wycieczce. Jedź do domu, zajmij się gościem i dzieckiem, to chyba twoje dziecko, skoro już cię z nim odwiedziła.
- Tak, to moje dziecko, ale urodziło się już po rozwodzie i ja już nic nie mam do niej, nie wiem, dlaczego ona się tutaj pojawiła.
- Tak bez uprzedzenia przyjechała? Zapytała.
- Nikt nic nie wiedział, że przyjedzie, nic nie wskazywało na to.
- No dobra, nieważne. Ja urlop spędzę na działce, ty z rodziną, widocznie nie jest to odpowiedni czas na wspólne wędrówki.
Emili była już całkiem spokojna. Miała to coś przed sobą, było namacalne, fizyczne, mogła konfrontować, ale trudno jej było w tym zamieszaniu rozeznać prawidłowość przepływających informacji o tak silnym i szerokim strumieniu, żeby nie powiedzieć rzece informacji, a to określenie byłoby właściwszym dla tego co usłyszała.
- W żadnym wypadku. Na wycieczkę jedziemy i już. Nikt jej nie zapraszał i nie mam zamiaru spędzać z nią czasu. Jutro odjedzie.
- No nie wiem, czy to dobry pomysł. W końcu to twoja żona i twoje dziecko. Zostaną z twoimi rodzicami? Uważasz, że oni mają obowiązek zajmowania się twoimi sprawami?
- Nic im się nie stanie. Powiedziałem, jutro odjedzie. Zbieraj się, bo Nathan z Lucy mocno się niecierpliwią.
Emili oszołomiona była nadmiarem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Śmiało i szczerze postaw swój ślad.
***jess