poniedziałek, 31 października 2011

Echo Karmazynowych Gór.

***jess


   "Jestem jak samotne drzewo porzucone pośród pól z dala od ciemnych i zwartych lasów, które siłą wielkości stawiają skuteczny opór potędze wojny między Ziemią a Niebem. Stoję samotnie, gięta wichrami, targana burzami, moknę w ulewach deszczu, drętwieję od mrozu, a mimo to jestem Drzewem Nieustraszonym bardziej niż wszystkie inne, ochronną klamrą lasu spięte."
- pisała Emili w jednym ze swoich do mnie listów.
Czyż nie jest to wspaniałe nosić w sobie taką sentencję? Zapadły słowa Emili we mnie jak w studnię i trwały przy mnie, bo wszak też żyłam tutaj samotnie, wyrwana z korzeni, z tą jednak różnicą, że na własne życzenie. Emili wprawdzie również na skutek własnych wyborów, ale jakże różnicowały się okoliczności, w których zrodziły się owe decyzje. Róznica między nocą a dniem, między niebem a ziemią, między pogodą, a niepogodą to najlepszy rezonans powodów.
Kontakt telefoniczny i poczta dostarczały mi ciągle nowych części do portretu Emili,  pytań miałam mnóstwo całe, na które nie zawsze otrzymywałam odpowiedź, czy to pominiętą, czy zagubioną pośród innych myśli wielu, dość, że postanowiłam ukrócić rachunki telefoniczne tak swoje jak i Emili i zaproponowałam spotkanie na dłużej, swobodniej u mnie. Omówiłyśmy szczegóły i zaczęło się oczekiwanie na jesienny, liściasty październik. Przygotowałam pokój gościnny, Henry udrożnił kominek w salonie graniczącym z kuchnią (bardzo wygodne przystosowanie) i pomógł w gromadzeniu drewna, opustoszały z plonów pola, zazłociły się liście drzew w ogrodach i powietrze nabrało smaku jesiennej wilgoci.
Czekałam cierpliwie na gościa i nic nie wskazywało na to, że życie nabierze innego wymiaru, a ja znajdę sie kolejny tego roku raz w Polsce.
Tao Nieba i Ziemi mówi:
"Wszystko przychodzi samo z siebie, kiedy nastaje właściwa pora."
 Któregoś wieczoru przeczytałam wiadomość Emili:
"W ruinę rozpadły  się nasze plany i zdrowie moje. Mam się raczej źle, ale najgorszym jest to, że poddano mój organizm wielu badaniom, niektóre z nich wymagają hospitalizacji, lekarze diagnozują w moich płucach narośnięty guz i nie owijając w bawełnę jasno, z dużym prawdopodobieństwem określają przyszłości czas, co mnie przeraża bardzo. Jestem tak roztrzęsiona jak trącony wiatrem liść, czując jakby każda komórka mojego ciała była poluzowana, a ja nie mogę ich do kupy zebrać. Wybacz proszę, że nie zrealizuję naszych wspólnych planów i nie przyjadę jesienią do Ciebie, bo nie jestem pewna dnia jutrzejszego."
   Moje dni i niemałe części nocy dostały turbo-napędu, a Emili lakoniczną odpowiedź:
- Nic się nie martw, nie ważne jest, gdzie się spotkamy, pewnym natomiast, że nastąpi to  
   niechybnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Śmiało i szczerze postaw swój ślad.
***jess