***jess
W zielonej ciszy starego parku późnym, skłaniającym się ku wieczorowi popołudniem poznałam Emili.
Wczorajszego wieczoru, po dość długim pobycie w Polsce wróciłam do siebie, do domu, w którym mieszkam od kilkunastu lat na zielonej wyspie.
Kiedyś przed laty, kiedy odeszli na zawsze rodzice i nie zostało nic, co mogło mnie scementować z krajem, w którym panował strach, żebranina o jakąś egzystencję ( nie mówiąc o godności), wszechwładna prowizorka - byle na dzisiaj, bałagan i chaos w urzędach, niepewna interpretacja wagonowych przepisów, walka ludzi o stołki na cokolikach władzy, mało pewnych, wręcz jako ludzi budzących nawet niechęć, postanowiłam, że niech się dzieje co chce, ale porzucam ten dziwny kraj, gdzie człowiek pracy jest niczym, nie znaczącym elementem wielkiej machiny, jakiejś przedziwnej kombinacji terroru, pogwałcania ludzkich praw, feudalnego wyzysku i sztandarów utopii.
Osiadłam w Anglii na zielonym kawałku ziemi, trochę podupadłej farmie, na której hodowało się trochę owiec i trochę bydła.
Wiedziałam, że nie znam się na tym, ale założyłam, że jak się chce, to się można nauczyć. Nawiązałam kontakty z pobliskimi sąsiadami i spotkałam się z ich życzliwością, zainteresowaniem i chęcią służenia pomocą. Przyjmowałam wszystko niemal zachwycona stosunkiem człowieka do człowieka, wszak dla trzydziestoparoletniej kobiety wychowanej w innej kulturze, było to coś nowego, wspaniałego, to coś sprawiało, że w moim jestestwie rodziło się nowe dziecię, nowa świadomość, zmieniała się moja mentalność.
Po roku, a może dłużej trochę, stwierdziłam, że prowadzone dotąd hodowle nie przynoszą oczekiwanych zysków i postanowiłam zmienić specjalizację na rolną uprawę ziemi.
Bardzo pomogli mi w drażaniu tego projektu w życie właśnie sąsiedzi. Niesamowici ludzie. Bywało, że będąc w okolicy swoich pastwisk przychodzili z zapytaniem, czy trzeba mi w czymś pomóc, może coś dostarczyć, przewieźć, zakupić, zaorać kawał pola. Ot tak sobie, bez żadnej interesowności. I pomagali, nie oczekując niczego w zamian. Trudno wprost uwierzyć - też nie mogłam.. Powoli, powoli coś się zaczynało dziać i szło w dobrym kierunku. Kurczyły się jednak niemożliwe środki utrzymania. Zaczęłam się rozglądać za jakimś pewniejszym dochodem, a nede wszystko bieżącym. Barierę stanowił język opanowany w stopniu zaledwie dostatecznym i chorobliwy brak auta ( w Anglii to środek pierwszej potrzeby). Nie mogłam swobodnie się poruszać, a do najbliższych miasteczek prowadziły długie kilometry dróg i autostrad. Wypad do miasta zajmował niemal cały dzień i ciążyły wielkie zakupy na kilka dni co najmniej. Też pomogli ludzie. Bardzo dojrzały wiekiem Henry sprzedał mi starego jeepa, na początek nie prosząc o zapłatę - "Oddasz jak bedziesz miała" i po drobnych zabiegach mechanicznych oraz pielęgnacyjnych, mogłam dojeżdżać. W prawdzie nie było w nim szyb, ale przez to miałam poszerzone horyzonty spojrzenia na daleki świat w cieplejszych porach roku. Na zimę konieczny był szerszy zasięg prac i środków, aby auto służyć mogło.
Zasiane pszenicą pola oczekiwały na pierwsze plony, a ja intensywniej poszukiwałam pracy. W kilka miesięcy dopiero niestety udało mi się zahaczyć w czytlni - bibliotece na czas bardzo ściśle określony, bo tylko na zastępstwo kobiety spodziewającej się dziecka. Akt narodzin nastąpił, trochę z duszą na ramieniu przystąpiłam do nowych zadań. Nie było tego wiele, jakoś sprostałam zadaniu i zostałam do dzisiaj. Moja poprzedniczka zajęła się domem i wychowywaniem pierworodnego.
Trochę się zapuściłam za daleko w tej opowieści, wszak ma to być opowieść Emili.
Wróciłam z Polski i następnego dnia koniecznie musiałam obejść kilka hektarów ziemi, rzucić na nie gospodarskie spojrzenie. Po lunchu poszłam na długi spacer.
Jest to czas, w którym moja droga życia przecięła się z drogą Emili.
Czy to był czysty zbieg okoliczności, przypadek, zrządzenie losu?
Nie planowałam trasy, nie zamierzałam kogoś poznawać, nie planowałam spotkania.
Nie pomyślałam, że wśród tego bogactwa zieleni, nurzającego się w ciepłym, lśniącym lustrze stawu spotkam tak bogata duszę, która zatopiona w zielonej ciszy, w promieniach schodzącego z nieba słońca na angielskiej ziemi sprawi, że przestwór rozbłyśnie świetlistą zorzą przyjaźni i zaowocuje wielokrotnymi spotkaniami tu na tym małym kawałku ziemi, zanurzonej zielonymi stopami w wodzie stawu, nad którym rozpuszcza swoje letnie włosy
przybrzeżna roślinność, a jej mieszkańcy gaszą pragnienie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Śmiało i szczerze postaw swój ślad.
***jess